REPORTAŻ INDIE&NEPAL

Witojcie, witojcie!!!

To znowu my. Kto by się spodziewał. Zaczęło się tak niewinnie a to już czwarty rok z rzędu włóczymy sie po najbardziej syfiastych krajach Świata, żeby było ciekawiej. Po krótkim pobycie w Indiach stwierdzamy, że ten kraj przewodzi w tej klasyfikacji.

Ale po koleii. Zaczęło się w sobotę.

Sobota 11 marzec 2006

Wylot z Warszawy - 11 z minutami. Po ok. 2h lądujemy w stolicy zaprzyjaźnionego kraju - Moskwie. Mamy 3h do następnego samolotu. Spędzamy je tradycyjnie czyli w tempie 1 piwa na godzinę i jeszcze trochę. Łapiemy podróżniczy klimat. Krążące wokół nas turbany wskazują jasno, ze juz czas iść na samolot. Wsiadamy. Niezły czad. Lecimy Aeroflotem i podstawili ogromnego Iliuszyna. W środku jak w katedrze. Chyba dostosowany do przewożenia transporterów opancerzonych. Poza tym standard podmiejskiej koleii.

Jedna flaszka whisky skraca podróż do kilku miłych chwil. Jest 3 rano czasu miejscowego. Ustawiamy się w długiej kolejce do odprawy i po godzinie szukamy stanowiska z prepaidem do taxówki. Tak jak mówili w przewodnikach.

To jedna z niewielu rzeczy, którą udało nam się ustalić przed wyjazdem.

Reszta to jedna wielka tabula rasa. Po raz pierwszy jedziemy tak nie przygotowani. Wszystko będzie kwestia spontonu. Wsiadamy do taxi i szukamy w niej hotelu który by spełniał nasze wymagania. Są one proste - poniżej 10$ za dwójkę. Dosiada sie jeszcze Słowenka, dzięki której koszty podróży zredukowaliśmy o 1/3. W końcu lądujemy w hotelu w Old Dehli za 450 rupii.

Jest 5.00 nad ranem. Idziemy spać.

Niedziela 12 marca 2006

Zgodnie ignorujemy budziki dzwoniace o 8.00 rano. Spimy do 10. Potem wypad w miasto. Jest sympatycznie, to znaczy syf nie z tej ziemi. Miasto 14 miliona luda. Smrod. Tylko jedno slowo a jak doskonale charakteryzuje to miasto. Po chwili namyslu mozna jeszcze dorzucic halas i brud. Wielki tygiel ludzki z ogromna bieda na ulicach. Ludzie robia tu wszystko. Mieszkaja, spia, zalatwiaja sie, myja sie i nikt tego nie sprzata. Wrazliwym WSTEP WZBRONIONY! Grozi powaznym urazem psychicznym. Wrazenia poteguja wszechobecni zebracy i kalecy eksponujacy swoje ulomnosci w niewyobrazalny sposob. Brrrr.... Skora cierpnie. Przyjdzie sie przyzwyczaic. Tylko gdzie jest jakis monopolowy?

Zwiedzamy to co trzeba zwiedzic we Delhi. Red Fort czyli wielka czerwona budowla obronna oraz najwiekszy meczet w Indiach Jama Masijd. Wloczymy sie godzinami po bazarowych uliczkach w poszukiwaniu fotograficznych inspiracji.

Trzeba przyznac, ze jest ich wiele. Cale zycie sie tu toczy. Wokolo przrazliwy halas. Podobnie jak w innych krajach 3go Swiata - klakson zastepuje tu hamulec, kierunkowskaz i lusterko. Po kilkugodzinnym spacerze odkrywamy przerazajaca prawde. Nie ma w tym miescie lokali w ktorych mozna by napic sie piwa. Palace slonce poteguje uczucie bolu. Nie zamierzamy sie poddac. Siadamy na krawezniku i wnikliwie studiujemy przewodniki. Okazuje sie, ze cale zycie nocne ogranicza sie do kilku ekskluzywnych hoteli oraz 2 czy trzech lokali. Ladujemy w jednym z nich DV8. Szczescie nam sprzyja bo trafiamy na promocje lokalnego piwa Kingfisher, ktore degustujemy obficie.

Poniedzialek 13 marca 2006

Dzwoni budzik. Jest 5.00 rano. Czas stad spadac. Stolice nigdy nie byly na topie listy naszych przygod. Jedziemy do Jaipur. W tym celu udajemy sie na dworzec kolejowy. Niestety know how, ktory znamy z dworcow europejskich nie ma tu zadnego zastosowania. Za Chiny nie idzie sie dowiedziec co jedzie gdzie i o ktorej. Booking office dla inostrancow od 8.00. Z kazdej strony atakuja nas naganiacze oferujacy pomoc. Znamy te numery ale idziemy za jednym z nich zeby

choc troche poznac system. Trafiamy do malego biura na pieterku, gdzie koles informuje nas, ze nie ma miejsc w klasach nizszych i mozemy jechac tylko najdrozsza za 1200 rupi. Wychodzimy. Nie pierwszy raz proboja nas wygiac wiec sie nie dajemy. Wracamy na dworzec. Podejmujemy kolejna probe zakupu biletu. No way. Z kazdego okienka odprawiaja nas z kwitkiem. Pelna rozpacz. Decydujemy sie na pomoc kolejnego naganiacza.

Skonfrontujemy ich. Bedziemy wiedzieli wiecej. Ta sama spiewka. Nie ma miejsc. Zostal tylko bus. Moze byc de lux za jedyne 900 rupi. Czujemy przez skore, ze cos jest nie tak ale co robic. Mozemy sterczec na tym dworcu jeszcze caly dzien bez efektu. Decydujemy sie. Jedziemy ponad 6h w ciasnym busiku. Po kilku przesiadkach dojezdzamy do Jaipur. O tym, ze nas zrobili na kilkaset rupi dowiemy sie jutro. Wysiadamy przed miastem gdzie zwiedzamy Amber i Jaigarh - starozytne twierdze i budowle. Po drodze napotykamy stado sloni pod opieka opiekunow. Kapaly sie w bajorze cale wymalowane w wielokolorowe wzory. Jak sie potem okazalo stroily sie na jutrzejszy festiwal sloni na ktorym bylismy i opiszemy w nastepnym odcinku. Do miasta dojezdzamy wieczorem, wybieramy hotel za 250 rupi. Tanio ale po wnikliwszych ogledzinach pozalowalismy tej oszczednosci. Lozka twarde jak prycze z przescieradlem noszacym slady kazdego wczesniejszego goscia. Jeden wielki brud. Odwagi starczylo mi tylko na przykrycie stop. MIasto sympatyczne.

Zwiedzamy restauracje i idziemy spac.

b&p

Namaste, jestesmy w Varanasi. Mistycznym miescie, gzie przybywa sie umrzec.

Ale my nie po to...

Wtorek 14 marca 2006

Wstajemy dosyc pozno. Musze przyznac, ze podczas tego wyjazdu mamy problem z dyscyplina. To juz drugi raz kiedy pozwalamy sobie pospac jak w sobote. To chyba kultura Indii tak rozleniwia. Tutaj nikt nic nie musi. Zupelnie jak na Wegrzech.

Szukamy kantoru. Skonczyly sie rupie i musimy zmienic dolary. Wszystkie banki od 10.00 wiec chwile czekamy na schodach. Potem wielki korowod biurokratyczny i mamy walute.

Jaipur. Najwieksze miasto Rajastanu. Zupelnie inne niz Dehli. Duzo lepsza organizacja, mniej brudu i smrodu. Nazywane rozowym miastem od koloru budynkow ciagnacych sie wzdluz glownej ulicy starego miasta.

Charakterystyczna jest jakosc "helikopterow" - tak popularnie nazywane sa tu auto riksze, czyli tajlandzkie tuk-tuki. Wszystkie sa tu nowe, czyste i zadbane. Nowiutkie Piaggio prosto z fabryki.

Z informacji zaczerpnietych wczoraj wiemy, ze dzis w miescie wielkie swieto

- FESTIWAL SLONI. To moze byc ciekawe. Szybko lecimy na miejsce startu - ogrody miejskie. Niestety. Procesja wystartowala przed nami. Nie mogo byc daleko. Zostawione przez slonie kupy sa jeszcze gorace i paruja i pachna.

Trzymamy sie tego sladu. Po godzinie widzimy pierwszy zad slonia. Kolorowy korowod z wymalowanymi sloniami (te same ktore widzielismy wczoraj) pomyka wraz z rozbawionym tlumem w kierunku stadionu waskimi uliczkami miasta, wsrod straganow, swiatyn i meczetow.

Robimy mase fotek okolicznych zjawisk ludzkich i docieramy wraz z tlumem na stadion. Kolejna atrakcja bedzie mecz sloni w polo ale to dopiero o 4.00.

Mamy chwile czasu wiec wracamy do miasta. Szybki ride po okolicznych zabytkach - City Palace, sredniowieczne obserwatorium astronomiczne, itp itd.

Upal daje sie we znaki wiec trzeba szukac wodopoju. Jak wiemy w tym kraju nie jest to latwe. Tu trzeba powiedziec wprost - ten czynnik strasznie komplikuje nasza podroz. Nie moze byc tak, ze po zyciu w brudzie smrodzie i halasie nie mozna bylo sie napic wieczorem piwa!!! Toz poddajemy sie wszystkim zarazkom bez walki! Dlugo tak nie pociagniemy. Jesli tak dalej pojdzie to w koncu organizmy odmowia posluszenstwa.

Ladujemy w jedynej melinie w miescie. Miasto 1.5 miliona ludzi i tylko jedno miejsce gdzie mozesz napic sie piwa. Co za religia tak krzywdzi swoj narod!

Lokal gromadzi najwieksze mety calej okolicy. Jestesmy egzotycznym zjawiskiem tego krajobrazu. Zbliza sie 4.00 wiec kierujemy sie z powrotem na stadion. Po drodze Joharii Baazar - pare kilometrow straganow z wszelkiej masci badziewiem.

Stadion. Obserwujemy przygotowania do wielkiej parady. Fascynujacy moment do robienia zdjec. Masa kolorow. Pomalowane dzieciaki, zwierzeta - slonie, konie, wielbady, woly. Wszystko jak z bajki o Sindbadzie. Ludzie bardzo sympatyczni. Nie protestuja kiedy robi im sie zdjecia. To jest znamienne.

Duza roznica w stosunku do tego co obserwowalismy w krajach Azji takich jak Wietnam, Tajlandia, Kambodz czy Ameryki Pd. Maja duzy dystans do tego co sie wokol nich dzieje. Godza sie ze swoim losem taki jaki on jest. Nie daza do jego zmiany. Brak jakiejkolwiek agresji. Dasz mu zarobic - dobrze, nie dasz

- jeszcze lepiej. Wszystko jest gdzies zapisane i nie ma sensu dazyc do tego zeby to zmienic.

Ciekawa religia ale nie wyobrazam sobie jak moznaby im narzucic jakies targety. Target - jaki target? Moja karma ma to gdzies.

Reszta na zdjeciach. Spadamy do miasta. Szybka kolacja. Musimy przebunkrowac gdzies do 2 w nocy - wtedy mamy pociag do Agry. Knajpe zamykaja o 11.15.

Potem klapa. Wszystko zamkniete. Jedyny otwarty lokal to lodziarnia. Jemy lody i popijamy mixturę Maliniaka. Wszedzie podobnie. W Ameryce - Rum z Cola lub Tequila ze Spritem tutaj - whisky z Cola. Idziemy na dworzec.

Pociag opozniony o godzine. W koncu podjezdza. Wagony opisane kreda. Szukamy s13. Jest. Wpadamy. Dziki tlum lokalesow. Kazdy walczy o swoje miejsce z zaciekloscia tygrysa bengalskiego. Znajdujemy nasze miejsca. Oo!! Sa klopoty. Na naszym miejscu siedzi hinduska familia. Nie czekalismy na wyjasnienia. FUCK OUT to bylo nalzejsze okreslenie jakiego uzylismy. Oni nie wzruszeni. Twierdza,ze to jest wagon S14 i to my powinnismy sie wyniesc.

Piotrek idzie sprawdzic. Na wagonie jak byk S13. Nasza furia osiaga poziom absolutu. Wizja 6 godzin bez miejsca poteguje nasza zlosc. Piesci sie zaciskaja. Szykujemy sie na hindusow. Chcemy ich usunac sila. Lapie za bagaz jednego z nich. Pojawia sie Japonczyk. Ma ten sam problem - wagon 13, ktory jest wagonem 14. Okazuje sie, ze jakiemus hindusowi odpowiedzialnemu za numerowanie wagonow, cos sie pojebalo. Zle opisal. Upss. Trzeba sie wycofac.

Robimy pewna mine zadowolonego z siebie czlowieka z zachodu i wychodzimy ostentacynie z podniesiona glowa. Zeby nie mysleli lokalesi, ze wygrali.

W koncu jestesmy na swoich miejscach. Sleeping Carriage 2nd class. Bardzo rigid. Trzy prycze w pionie razy 2 i 2 w korytarzu. Nad nami wiatraki. Okna

- kraty. Klientela - Lower class plus zolnierze. Sadowimy sie na pryczach.

Najwazniejsze - zabezpieczyc plecaki i kase. Przekladamy dolary z lydek (zwisaja za prycze) na ramiona (bezpieczniej), plecaki pod glowy. Niewygoda jak skurczysyn, wszystko boli, dookola halas i ruch jak na Marszalkowskiej, dzieci rycza, muzulmany sie modla - koszmar! PKP we love you.

B&P

Sroda 15 marca 2006

Agra. 8.00 rano. Miasto z ikona Indii - Taj Mahal - najwiekszy meczet w kraju. Wymieci, brudni i zmeczeni ale pelni zapalu by zwiedzac. Lapiemy helikopter. Widac roznice. Jakosc spadla jakies kilka klas. Stare, zaniedbane i zdezelowane. Dziwne. Jak na miejsce, ktoro odwiedza caly swiat.

Dookola wielki syf. Drogi dalekie od standardow nawet Dehli. Zero infrastruktury. Tylko piekno fortecy obronnej, ktora mijamy zmienia nasze odczucia. Po chwili docieramy do bramy wschodniej Taj. Zamknieta. Otwieraja od 09.00. To nawet dobrze. Mamy czas na sniadanie.

Jest 9.00. Wchodzimy przez brame. Przejscie przez bramki wykrywaczy metalu i bez komorek, gum do zucia i innych obrazoburczych przedmiotow jestesmy w srodku. Tam jak na pocztowce. Wielka swiatynia wraz z okolicznymi zabudowaniami. Tak to jest z ikonami, ze trzeba je zobaczyc. Nie wazne, ze wokol duzo rownie atrakcyjnych rzeczy. Musimy jednak przyznac, ze bylo warto. Robi wrazenie. Cala z marmuru na tle plynacej w dole rzeki. Szukamy miejsca na krotki sen. Poprzednia noc w piociagu daje o sobie znac.

Probojemy na kamiennych wystepach Taj Mahal. Nie da rady. Kamienie ciagna jak cholera. W koncu znajdujemy lawki w ogrodzie. To jest to. Cieplutko pod drzewkiem w obliczu Allaha sen dobrze nam zrobi. I zrobil. Po godzince wstajemy odmienieni. Zwiedzanie miasta - Fort, grobowiec Abhara-najwiekszego z mongolskich sultanow.

Wieczor. Musimy sie stad wydostac. Kolejna przystan to Varanasi. Jedziemy na dworzec w celu ustalenia szczegolow. Jak wiemy jest to nie lada wyzwanie. Z dziwnych powodow, Hindusi postanowili tak skomplikowac system zakupu biletow, ze przejscie tego biurokratycznego korowodu to nie lada wyczyn.

Najpierw, trzeba sie udac do Inquiry Office. Tam powiedza o ktorej jedzie pociag w pozadanym kierunku. Potem Turist Office. Gdzie to jest tylko Visznu wie. Right, left and then right to the left. Tam powiedza cos zupelnie innego i w koncu i tak trzeba sie udac do Station Managera, ktory odesle do Turist Office. Tam za drugim razem zmieniaja zeznania i mowia, ze trzeba isc do Booking Office. Tez cholera wie gdzie! Po kilku minutach poszukiwania znajdujesz i dowiadujesz sie, zeby tam podejsc, musisz wypelnic kwita z wszystkimi danymi o twojej podrozy (ktorych nie znasz btw.)

W koncu z wypelnionym kwitem stajesz szczesliwy w kolejce do okienka. Jest tylko jedno takie okienko. Uprzywilejowane dla pewnych grup. Podaje w

kolejnosci:

- foreign turist - czyli my

- niepelnosprawni

- walczacy o wolnosc

- emeryci

- dziennikarze i zolnierze.

Brawo. Wraz z niepelnosprawnymi stanowimy najbardziej uprzywilejowana grupe w tym kraju.

W koncu upragniony bilet. Niestety tylko open. Nie ma miejsc. Pol godziny przed odjazdem mamy przyjsc i potwierdzic z kierownikiem pociagu.

Przed 9 jestesmy. Ku naszemu zdziwieniu bez trudu udaje sie potwierdzic miejsca w sleeping cariage 2nd class. Przed nami 12 godzin drogi do Varanasi. Jak sie okazalo,dla mnie najbardziej koszmarne 12 godzin w zyciu.

Ale o tym w nastepnym odcinku.

B&P

Czwartek 16 marca 2006

Minela polnoc. Mija kolejna godzina meczacej podrozy pociagiem na trasie Agra - Varanasi. Leze na pryczy i nie moge zasnac. Dookola caly czas cos sie dzieje. Ludzie chodza, krzycza, cos sie tlucze. Dodatkowo trzeba pilnowac bagazu. Duzy plecak robi za poduszke, drugi mniejszy z aparatem trzymam kurczowo. Z kazda minuta czuje sie coraz gorzej. Hinduska kuchnia daje sie we znaki. Cale jej bogactwo jakie udalo mi sie zgromadzic poprzedniego dnia chce sie wydostac na wolnosc. Nie mam juz sily tego powstrzymac. Konczy sie kilkoma wizytami w uroczej toalecie wagonowej. Pelna rozkosz. Akurat o takich warunkach marzylem w razie kryzysu. Odwodnienie organizmu. Zostalo jeszcze 5h do konca. Trzeba wytrzymac. Dojezdzamy o 9.00 rano. Jestem pijany z wyczerpania. Ide slepo za Piotrkiem cedzac jedno slowo: Hotel. Padam na wyro i tak zostaje do nastepnego dnia rano. Piotrek w miedzyczasie robi rekonesans miasta i plan na jutro.

Tak zachwalana kuchnia indyjska niestety zupelnie nam nie przypadla do gustu. Same fucken Vegety. Nie ma szans na znalezienie jakiegos miejsca sprzedajacego mieso. Do tego brak piwa. Jak przezyc w takich warunkach.

Zupelnie nie zdawalismy sobie z tego sprawy ale brak normalnego pozywienia mocno oslabia nasze moce podroznicze. Jak sie okazalo za chwile mialo to wplyw na zmiane naszego planu podrozy.

Piatek 17 marca 2006

Rano. Z trudem zwlekamy sie z lozek. Trzeba. Jestesmy w magicznym miescie - Varanasi. To tutaj nad brzegami Gangesu ludzie przybywaja, zeby umrzec i oddac swoje cialo swietej rzece. Na calej jej dlugosci rozstawione sa tak zwane Ghaty - kamienne schody ze swiatynia na szczycie. Na nich zbieraja sie ludzie calymi rodzinami aby obmyc cialo swieta woda. Jest tez jeden szczegolny Ghat. Caly oblozony drzewem opalowym. Wokol plona ogniska. Pelno ludzi. Podchodzimy blizej. Calosc, wraz unoszacym sie dymem robi piorunujace wrazenie. Widzimy jak Mezczyzna niesie male zawiniatko. Wystaje z niego glowka martwej dziewczynki. Wraz z kilkoma innymi osobami wsiadaja do lodki i wyplywaja kilka metrow od brzegu. Po chwili zawiniatko wrzucaja do wody.

Modla sie i wracaja. Siadamy na schodach w milczeniu. Czujemy atmosfere smierci. Po chwili na noszach owinietych kolorowym suknem przynosza kolejna zmarla. Zanurzaja w wodzie i przygotowywuja stos. Nie mozemy robic zdjec.

Zabronione. Idziemy dalej.

Wynajmujemy motorboat. Poplywamy wzdluz Gangesu i poogladamy z daleka.

Plywamy godzine. Rzeka szerokosci Wisly. Za to duzo brudniejsza. Jest to jeden wielki sciek gromadzacy caly syf wszytkich mieszkajacych wzdluz niej ludzi. Moze to i lepiej. Wyobrazcie sobie jaki bylby widok, gdyby woda byla przejrzysta i moznaby zobaczyc co lezy na dnie. Raj dla nurkow. Drugi po Hurghadzie.

Wloczymy sie po miescie. Bazary, sklepy i takie tam. Szukamy jakiejs zywnosci ale znow porazka. Vegeta rules. Moj rozdrazniony zoladek na sama mysl skreca sie w bolu. Zeby sobie pomoc mysle o kurczakach. Na pocieszenie znalezlismy nore gdzie dawali piwo. Speluna jak z Kijowskiej. Ale jedyna na

2 milionowe miasto. Nie mozna wybrzydzac.

Zapada zmrok. Wracamy nad rzeke. Trafiamy na fascynujace widowisko mistyczne. Tanczacy mnisi odprawiaja modly na podestach. Gra muzyka. Feria swiatel i barw. Jakis koles zaklada nam na szyje naszyjnik z kwiatow i robi kropke na czole. Karze powtarzac po sobie jemu znana tylko mantre.

Powtarzamy. Czujemy sie uduchowieni. Swiat jest piekny. Hare Kriszna, Hare Rame, Hare, Hare. Niech zyje Vegeta, nie bede jadl kurczakow!!! Zapalamy po swiatelku i puszczamy ja na wode Gangesu aby dolaczyly do innych wczesniej puszczonych. Za chwile nasz mentor burzy idealny obraz Swiata milosci i bezinteresownosci i wyciaga bezczelnie lape po kase. O zesz ty. To ja sie dla ciebie nawrocilem a ty mi tu z kasa! Dajemy 50 rupii zeby spadal i cofamy przyzeczenie, ze nie bedziemy jesc kurczakow.

Dzien konczymy u hindusa w barze zlamani Vegeta. Jemy ryz z jakims serowym scierwem. Niestety po raz kolejny produkt ten nie zadomowil sie u mnie zbyt dlugo. Ale to dopiero nad ranem.

Przed nami powazna dyskusja. Ja nie mam juz ochoty dluzej sie meczyc i chce spadac z Indii. Piotrek, chce do Kalkuty, tak jak planowalismy w samolocie.

Tylko to 16 godzin jazdy pociagiem stad. Ja tego nie przezyje. Dodatkowo cos nam nie zagralo z Indiami. To na pewno bardzo interesujacy kraj ale nie na nasz styl uprawiania turystyki. Tu trzeba przyjechac na rok, modlic sie i nie lubic kurczakow i piwa.

Decydujemy jechac prosto do Nepalu. Tam jest szansa na adrenaline i fun.

Idziemy spac. Jutro o 5.00 rano busik na granice z Nepalem. Caly dzien jazdy.

B&P

Sobota 18 marca 2006

5.00 rano. Niestety musimy przelozyc wyjazd o godzine. Wczorajsza kolacja postanowila zostac w Indiach. Potem przekladamy o kolejna. Stabilizacja organizmu.

Jestesmy na dworcu o 8.00. Wciskamy sie w malutki autobusik i z kolanami przy brodzie wyruszamy w kierunku granicy. Kolejna koszmarna podroz. Na czczo, o wodzie i sucharach w tumanach kurzu.

Tak bylo caly dzien.

Na granice docieramy ok. 8.00 wieczorem. Miasteczko Sunauli. Robimy zdjecia przed brama wjazdowa. Welcome to Nepal. Zostawiamy Indie. Czujemy ulge. Ten kraj jakos zmeczyl nas psychicznie.

Imigration Office. Pierwsze wrazenie jest pozytywne. Inni ludzie. Z jajami.

Widac ten blysk w oku. Nie to co te Indyjskie duchy w sukmanach i turbanach.

30 dolcow i mamy wizy. Przechodzimy. Dokola pelno uzbrojonych zolnierzy i transportery opancerzone. Co chwila worki z piachem na stanowiska strzelnicze. Ktos tu z kims wojuje.

Szukamy hotelu. Tez pozytywnie. Ceny nizsze niz w Indiach a standardy wyzsze. Schodzimy do restauracji. Musimy cos zjesc bo sami zaczynamy przypominac Indyjskie duchy. Patrzymy w menu. Sa!!! Kurczaki!!! Piwo tez!

Wraca zycie i przygoda. Od gosci hotelowych dowiadujemy sie ze w tej czesci kraju partyzanci maoistowscy prowadza dzialania zbrojne przeciwko wojsku krola. Zadne autobusy nie wyjezdzaja z miasta. A my musimy jechac dalej.

Pokhara lub Kathmandu.

Piotrek dowiaduje sie w barze ze jednak ludzie organizuja sie i bedzie jakis transport rano. Mamy byc o 7.00 i sprawdzic.

Idziemy spac. W koncu najedzeni.

Niedziela 19 marca 2006

To kolejne moje urodziny na obcym kontynencie. Rok temu spedzalismy je w gorskim obozie na wys. 5.000 m w Andach w Boliwii pijac rum. Bylo ciekawie.

Dzis chyba tak nie bedzie. Ale zobaczymy.

Wychodzimy przed hotel. Ludzie sie kreca i pytaja nawzajem jaka jest sytuacja. Partyzanci mieszaja ale transport jest. Bedzie drozej ale co zrobic. Za ryzyko trzeba placic. Opowiadaja nam historyjke, ze ostatnio jak maoisci zlapali taki transport to kierowcy obcieli rece, autobus spalili a turystow puscili pieszo. I tak dobrze. Gorzej jakby turystom obcieli rece.

Po 8.00 wyjezdzamy zapakowani z banda japonskich turystow i kilkoma lokalesami. Powoli do naszego autobusu dolaczaja inne i tworzy sie konwoj.

Caly czas mijamy patrole wojskowe obwieszone ciezka amunicja i amfibie ustawione na rogatkach. Zbaczamy z glownej drogi i jedziemy waska zakurzona polna droga. Predkosc gora 30 km/h w tumanach kurzu z trudem oddychamy. Z czasem na czolo konwoju dojezdza wojskowy woz pancerny z zolnierzami uzbrojonymi po zeby. Beda nas chronic.

Co chwila stajemy. Zolnierze sprawdzaja odcinek drogi przed nami. Pojawiaja sie helikoptery. Tez beda nas wspierac. Sceneria jak z filmu Pluton. Pelno wojska, krazace helikoptery, dookola dzungla i gory. Robie pare zdjec. Wysle do TVP bedzie jutro w Wiadomosciach. Jedziemy dalej. Stajemy co pol godziny.

Droga wydluza sie niemilosiernie. Z 250 kilometrow przejechalismy 80 w ciagu

5 godzin. Kolejny postoj sie wydluza. Wawoz. Dookola strome zbocza.

Wychodzimy z autobusu. Nie mozemy zniesc upalu. Trzeba sie schowac w cien.

Przysiadamy pod skala. Smiejemy sie, ze brakuje tylko strelaniny i wybuchu bomb. Nasze slowa maja moc sprawcza. Za sekunde z przodu koluny dobiega nas huk ogromnego wybuchu. Wszyscy podrywaja sie z przerazeniem. Co to bylo?

Partyzanci? Powoli dym opada i wylaniaja sie zolnierze w kamizelkach. To oni podlozyli ladunek, bo pewnie podejrzewali jakas zasadzke. Tym razem sie udalo. Jedziemy dalej. Po kolejnych kilku godzinach, zolnierze nas opuszczaja. Przewiezli nas bezpiecznie przez zagrozony teren. Machamy im z wdziecznosci. Marusia tez.

Po 17.00 docieramy do miasteczka o ciezkiej nazwie. Dowiadujemy sie, ze dalej nie pojedziemy bo zapada zmrok i wtedy jazda jest tylko na wlasne ryzyko. Partyzanci zwiekszaja swoja aktywnosc.

Znajdujemy hotelik za 3 dolce z duzym tarasem. To jest to. Idealne miejsce na impreze urodzinowa. Tego sie nie spodziewalem. Urodziny w miescie, ktorego nie znam nawet nazwy w srodku buszujacej partyzantki.

Impreza byla udana. Czas uplynal na filozoficznych dyskusjach na temat roli kobiety i malzenstwa w zyciu nowoczesnego mezczyzny. Ci, ktorzy chcieliby otrzymac konspekt, zapraszamy po powrocie.

Jutro rano dalej w droge. Nasz cel - Pokhara - podnoze Annapurny.

B&P

Poniedzialek 20 marca 2006

5.00 rano dzwonia budziki. Wczorajsza impreza pozostawila trwale pietno na naszej kondycji. Z bolem zwlekamy sie z lozek. Trzeba byc przed autobusem o 5.30. Jestesmy pierwsi. Moja wiara w punktualnosc japonczykow zostala zachwiana. Przychodza dopiero po kilkunastu minutach. Dopiero grubo po 6.00 jestesmy w komplecie i mozemy jechac. Podroz przebiega spokojnie. Po okolo 3 godzinach dojezdzamy do Pokhary - drugiego miasta w Nepalu. Stad wyruszaja wszystkie wyprawy na Annapurne - jednego z 8 osmiotysiecznikow na swiecie.

Mamy to rowniez w planie. Miasto robi na nas pozytywne wrazenie. Bardzo poukladane z duza iloscia restauracji i agencji turystycznych. Nie ma ryksz.

Jedyny srodek szybkiego transportu to taxowki. Bierzemy jedna. Wiezie nas do hotelu. Wszystkie zlokalizowane sa wzdluz jeziora.

Hotel w porzadku. Standard duzo lepszy od dotychczasowych i cena rowniez atrakcyjna - 250 rupii za noc. Szybki prysznic i w miasto. Pierwszy cel to jadlodajnia. Musimy cos przyjac po 2 dniach podrozy i nic nie jedzenia.

Bierzemy wypasiony zestaw sniadaniowy i jest dobrze. Wraca jasnosc umyslu.

To wystarczy, zeby zaczac planowac dalszy pobyt. Nasz cel - Annapurna. Nie sam szczyt, bo to tylko dla himalaistow. Jest to bardzo okrutna gora.

Wysokosc 8090 mnpm. Ze wszystkich, ktorzy probowali ja zdobyc, przezyla tylko polowa. Nas zadowoli podejscie pod jej podnoze. Idziemy do agencji.

Jest w ofercie 4 dniowy treking. Po krotkim namysle bierzemy. Wymarsz jutro rano. Bierzemy przewodnika bo tani. Dodatkowo moze nam poopowiadac pare ciekawych rzeczy. Musimy jeszcze wykupic pozwolenie na wymarsz. Kosztje niemalo - po 2.000 rupii na twarz. Dodatkowo informuja nas,ze w gorach mozemy zostac poproszeni o dodatkowa oplate. Tam teren kontroluja

maoisci, ktorzy pobieraja swoje oplaty za zwiedanie - ok. 15 dolcow za leb. Niezle - dwia osrodki wladzy w jednym kraju. Reszta dnia dosyc leniwa. Ciezka podroz usprawiedliwia taki stan rzeczy. Snujemy sie po restauracjach i budujemy forme na wyprawe. W miescie pelno ciezkiej armii. Dowiadujemy sie, ze przed godzina wyjechal stad krol, ktory ma tu rezydencje weekendowa. Musi biedak chowac sie pod ciezka ochrona. Nikt go tu nie lubi. Odkad wymordowal cala swoja rodzine w celu obiecia pelni wladzy ma chlopak problemy ze spoleczenstwem. Ale to nie nasze zmartwienie. Nas wojsko specjalnie nie stresuje. Tworzy ciekawe tlo do okolicznego srodowiska. Na zakonczenie dnia znajdujemy ciekawy klub z tanczacymi dziewczetami. Przyjmujemy kilka drinkow i idziemy spac.

Wtorek 21 marca 2006

Wstajemy 6.30 rano. Szybkie sniadanie. Pod restaurant podjezdza nasz guide.

Bedziemy jechac kilkanascie km za miasto skad rusza nasz szlak. Najapul - tu zaczyna sie nasza himalajska przygoda.

Poczatkowo podejscie dosyc lagodne. Idziemy przez urocze nepalskie wioski i obserwujemy toczace sie w nich zycie. Potem zaczynaja sie stromizny. Tak jest juz przez nastepne kilka godzin. W koncu docieramy do pierwszego postoju i noclegu - Ulleri. Jestesmy na poziomie 1.900 mnpm. Kwaterujemy sie w surowym hoteliku. Drewniany pokoj z dwiema pryczami i doklejona niby lazienka. Cala z blachy z jednym kranem i kiblem. Cool klimat. W tych okolicznosciach przyrody to naprade pasuje. No i nie ma komarow. Zmeczeni podejsciem idziemy spac. Wstajemy na kolacje. Do hoteliku dobili kolejni himalaidsci. Dwie japonki, jeden wloch, ruski i brytyjczyk. Siedzimy przy staole na dworze i rozprawiamy. Z chmur co chwila wylania sie na kilka sekund szczyt Annapurny. Jest boski. To naprawde potega. Po zmroku robi sie naprawde chlodno. Nasz guide proponuje nam lokalne wino Raksi. Jest to glowny trunek tutejszej ludnosci. Smakuje jak sake. Podawane w czajniku i podgrzane. Ma jakies 25%. Nawet smakuje. Do czajnika dosiada sie ruski. Na ten narod zawsze mozna liczyc. Zawartosc szybko zniaka z czajnika. Robi sie cieplej. W sali glownej hotelu kilka lokalesow wytrwale gra w blizej nie znana nam gre. Idziemy sprawdzic. To Caramboard. Kwadratowy stol z czterema dziurami w kazdym z katow. Nepalska odmiana snookera. Na srodku dwukolorowe zetony. Strzela sie palcami. Blat posypany maka w celu oslabienia tarcia.

Kolejne pol godziny spedzamy na rozpoznaniu zasad. Potem przejmujemy stol.

Team polsko-rusko-wloski przystepuje do gry. Wciagnelo nas na dobre. Trwalo to dobre trzy godziny. Potem spac. Jutro kolejny odcinek drogi do Ghorepani.

B&P

Sroda 22 marca 2006

Rano pobudka. Wstajemy zobaczyc szczyt Annapurny, ktory w calej okazalosci wylonil sie z chmur. O tej porze roku, wysokie gory mozna tylko podziwiac wczesnie rano. Pozniej zaslaniaja sie chmurami.

Jemy sniadanie na tarasie i wyruszamy dalej. Do bazy Gorepani polozonej na wys. 2900 mnpm. Tam podobno napewno spotkamy maoistow. Jest to ich teren i sa tam bardzo aktywni. Zobaczymy. Droga umiarkowanie meczaca. Duzo plaskich odcinkow. Na miejsce docieramy stosunkowo szybko, ok 2.00. Urocza wiocha z surowymi chatami i klimatycznymi ludzmi. Widzimy czerwone sztandary z maoistowskimi przeslaniami. Mamy duzo czasu, wiec planujemy wyskoczyc jeszcze na pobliskie wzgorze 3.200 metrow, z ktorego moze uda nam sie zobaczycz masyw Annapurny o zachodzie slonca. Pogoda jednak zmienia nasze plany. Zaczyna intensywnie padac a potem sypac grad. Spedzamy wiec czas w chacie w glownej komnacie z wlascicielami i innymi turystami. Na srodku stoi piec ala koza do ktorego wszyscy przylgneli tworzac krag. Zamawiamy raksi i snujemy opowiesci. Jest naprawde sympatycznie. Po Raksi lokalni proponuja nam Mustang Coffee. Tutejsza odmiana Irish Coffe tylko mocniej trzepie. To wystarczy, zeby przygotowac sie do snu. A trzeba sie wyspac bo jutro pobudka o 5.00 rano.

Czwartek 23 marca 2006

Wstajemy jeszcze zanim zadzwonily budziki. Jest jescze ciemno i zimno.

Ubieramy sie w najcieplejszy stuff jaki mamy i wyruszamy na wzgorze Poon Hill. Tam zobaczymy wschod slonca na tle masywu Annapurny. Strome podejscie i brak sniadania sprawiaja, ze jest naprawde ciezko. Do tego przezedzone powietrze powoduja, ze serce wali jak mlot. Po godzinie wymeczeni jestesmy na gorze. Slonce jeszcze nie wyszlo ale widoki juz zapieraja dech w piersiach. Piekne szczyty gor w polmroku na wielkiej przestrzeni pokazuja malosc czlowieka i potege natury. Dookola masa japoncow ze sprzetem wartym miliony. Usawieni ze statywami mieszaja obiektywami, filtrami i cuda wyczyniaja z aparatami. My tez nie zostajemy w tyle i robimy mase zdjec.

Wychodzi slonce i wszystko widac jak na dloni. Najwyzsze gory masywu - Dhaulagiri 8.167 mnmp, Annapurna 8.091 i inne ponizej 8.000 ale rownie imponujace. Spedzamy tam godzine chlonac piekno natury i z naladowanymi akumulatorami schodzimy do wioski 400 metrow nizej. Po drodze spotykamy maoistow. W koncu! Tyle na nich czekalismy. Ale jestesmy zawiedzeni. Co z nich za maoisci. Nawet czapeczki z gwiazdka nie mieli. Zwykle nepalskie chlopaki, ktore mowia, ze sa czlonkami maoistowskiej parti i pobieraja oplaty za podziwianie ich terytorium. Maja nawet bloczki potwierdzajace wplate. Niezly czad. Chca 1200 rupii za twarz. Nie mozemy tego przyjac.

Gdyby byli bardziej folklorystyczni to wtedy i owszem. Zdjecie z maoista w mundurze, obwieszonym bronia i granatami uzasadnialoby te kwote. Tak oferujemy mu tylko 1.000 i tez jest dobrze. Dostajemy kwita i idziemy dalej.

We wsi jemy sniadanie i ruszamy dalej. Nastepna stacja to Gandruk. Poczatek uroczy. Idziemy wzdluz masywu w pieknym sloncu z bajecznymi widokami.

Wspinamy sie na przelecz 3.300. Potem zejscie. To jest nawet bardziej meczace niz podchodzenie. Wczorajszy deszcz i grad, zmiekczyly podloze, sprawiajac wiele klopotow przy stromych zejsciach. Sliskie skaly i bloto utrudniaja schodzenie. Idziemy tak 7 godzin. To byly naprawde trudne godziny. Docieramy do wsi wykonczeni. Logujemy sie w hotelu i odpoczywamy.

Piatek 24 marca 2006

Ostatni etap zejscia. Wyruszamy o 9 rano. Po drodze idziemy wsiami.

Fantastyczne zjawiska z zycia gorali nepalskich. Mijamy szkoly, zagrody i inne obiekty wiejskie. Robimy mase zdjec ludzi w roznych sytuacjach. Po 4 godzinach docieramy do drogi. Stad taxi do Pokhary. Docieramy na lunch.

Potem wypad na koraliki. Buszujemy po wszystkich lokalnych straganach i negocjujemy najlepsze stawki. Kupilismy tego badziewia po pare kilo i idziemy organizowac kolejne dni. Kupujemy bilety lotnicze Kathmandu-Delhi na za tydzien oraz na busa na jutro do Kathmandu. Reszta dnia przeznaczona na rozpuste. Zabawom i uciechom nie bylo konca. Konczymy po polnocy w ostatniej czynnej dyskotece. Jutro Kathmandu - stolica kraju.

B&P