REPORTAŻ AMERYKA ŚRODKOWA

Buenos Tardes Amigos,

Chłopcy z Puebla meldują się cali i zdrowi. Może nie do końca zdrowi, bo dopadł mnie jakiś wirus i zmusił do rozpoczęcia kuracji Doxycyklinowej jeszcze przed wjechaniem w strefę tropikalną.

Jakoś będzie, połączenie doxycykliny z tequilą daje podobno świetne rezultaty. Ale do rzeczy,

Dzień 1 (niedziela, 28/03/04)

Nasza podróż rozpoczęła się od stolicy Meksyku do której dotarliśmy w niedzielę wieczorem śmiertelnie zmęczeni po nieprzespanych kilkudziesięciu godzinach.

Mexico City - największe miasto Świata - ok. 20 milionów ludzi. Jego ogromny rozmiar uderzył nas już w samolocie podchodząc do lądowania. Z okien, naszym oczom ukazał się nieprawdopodobny obraz. Tak jakby ktoś wysypał worek maku na nieregularną powierzchnię. Ogromna dolina, której horyzont zamykają wysokie góry a w niej cała masa zabudowań wciśniętych jedna obok drugiej. Jak w gotującym kotle nie mieszczące się na płaszczyźnie domki wychodzą na stoki gór sięgając niewyobrażalnych wysokości.

Chwile po lądowaniu znaleźlismy się w cholernie długiej kolejce do odprawy paszportowej wraz z całą masą różnej maści nacji. Mija 1.5h i już ze stemplem straży meksykańskiej latamy z wywieszonymi jęzorami nieprzytomni ze zmęczenia w poszukiwaniu autobusu, który mógłby nas zawieźć do centrum do hotelu, który znaleźliśmy w przewodniku. Tradycyjnie odmawiamy wszystkim nagabującym nas taksówkarzom, jako że po pierwsze primo nasz wyjazd jest wyjazdem budżetowym a po drugie primo odcinamy się w ten sposób od wszelkich zorganizowanych form podróży (vide niemieccy emeryci).

Kręciliśmy się tak wokół lotniska ponad godzinę korzystając ze sprzecznych informacji udzielanych nam na lotnisku. Bez skutku. Zero parszywego przystanku, nie mówiąc już o autobusie. W końcu słaniając się na nogach robimy, to przed czym przestrzegają wszystkie szanujące się przewodniki. Wsiadamy do samochodu przypadkowo spotkanego latynosa, który zaoferował nam transport. Negocjujemy cenę do 50 pesos i z duszą na ramieniu mkniemy przez ciasne uliczki Mexico City pod adres hotelu z przewodnika.

Dojeżdżamy na miejsce i ku naszemu zaskoczeniu pod wskazanym adresem jest wielki plac budowy z pięcioma dźwigami w środku. Niech żyje Pascal i jego chrzanione przewodniki (sorry Tomek;-). Na szczęście niedaleko obok znaleźliśmy inny skromny hotelik w którym się zameldowaliśmy. Pokój schludny, tylko dlaczego jest jedno łóżko i to jeszcze wąskie jak deska! Czy ci na recepcji widzieli Maliniaka i jego bary!!! Ciekawe, w telewizji pornos wliczony w cenę pokoju. Skąd my to znamy, w Bangkoku było podobnie, tylko było ich więcej. Trudno, musi wystarczyć. Krótki wypad na miasto, kolacja w okolicznej restauracji i pierwsza refleksja - bez hiszpańskiego nie załatwimy najprostszej sprawy. Kolesie nie kumaja nawet najprostszych słów po angielsku. Ręce bolą od tłumaczenia o co ci chodzi a i tak efekt jest żałosny. Zamawianie czegokolwiek to czysta loteria. Trzeba się nauczyc podstawowych słów a przynajmniej liczebniki. Nasze zdolności negocjacyjna nie przydadzą się na nic jeśli nie będziemy tego robić po ichniemu.

Idziemy spać. Wycieńczony organizm domaga się krótkiej przerwy, nawet piwo już nie wchodzi.

Śpimy. Ale nie długo. Po kilku godzinach jakieś jebane brzęczydło zaczęło latać po pokoju i próbowac naszej krwi. To lokalny komar. Tego było za wiele. Nasza furia sięgnęła zenitu. Rzuciliśmy się na bestię z czym mieliśmy pod ręka. Krótkie zamieszanie a komar lata sobie dalej. Wyjątkowo perfidna bestia. Lata na niskich pułapach i schodzi nam z pola widzenia. Porażka.

Kładziemy się z powrotem licząc na cud. Cudów nie ma. Kolejne ileś godzin bzyczenia i jest już rano.

Dzień 2 (poniedziałek, 29/03/04)

Wychodzimy w miasto. Cel numer jeden - ambasada Gwatemali. Potrzebujemy wizę. Schodzimy pod ziemię. Metro w Mexico City jest wyjątkowo dobrze rozwinięte. Kilkanaście lini. Więcej widziałem tylko w Tokyo. Organizacja na medal. Bez problemu docieramy na miejsce.

W ambasadzie okazuje się, że wizę możemy kupić na granicy i to taniej niż w ambasadzie. Pozdrowienia dla MSZ w Warszawie, które informuje, że takiej możliwości nie ma. W drodze powrotnej pojawia się Szwajcar. Podróżuje jak my - samopas. Nie pisałbym o nim ale mam wrażenie, że pojawi się jeszcze w kilku epizodach.

Cel numer dwa - zaliczenie najważniejszych miejsc w mieście. Kupujemy bilet na Tourist Bus i jedziemy 3h po określonej trasie w ścisłym centrum miasta. Pomniki, najsłynniejsze budowle, kościoły - standard. Jak niemieccy emeryci. Nie było innego wyjścia. Miasto jest zbyt duże aby zrobić to oryginalniej dysponując tak małą ilością czasu. Po drodze potwierdza się wrażenie z samolotu. Nieograniczona przestrzeń miasta. Pełno różnych dzielnic z ekskluzywnymi sklepami najsłynniejszych brandów światowych. Drugim charakterystycznym elementem jest ogromna liczba wypasionych amerykańskich samochodów. Miasto podobnie jak Sajgon czy Bangkok jest miastem skrajności. Dużo bogactwa i dużo biedy. Mam jednak wrażenie, że o ile bieda jest taka sama to bogactwo jest dużo bardziej ostentacyjne. Okazałe dzielnice z wielkimi rezydencjami są tutaj normalnością.

Resztę dnia spędzamy zwiedzając główny plac Zocalo z centralnie ustawioną flagą narodową wielkości boiska, oraz lokalne restauracje i puby (z Hard Rock Cafe oczywiście włącznie). Jedzenie wyśmienite. Nawet najdroższa warszawska restauracja nie jest w stanie dostarczyć takich wrażen smakowych jak podrzędne knajpy tutaj.

Dzień 3 (wtorek, 30/03/04)

Pobudka 6.00 rano. Mamy w planie zwiedzenie kompleksu ruin Azteków z trzecią co do wielkości piramidą na świecie. Znajduje się on w oddalonym o 50km od MC mieście - Theotihuacan. Docieramy na miejsce o godzinie 8.30 i zaczynamy zwiedzanie.

Miasteczko Aztekow robi wrażenie swoimi rozmiarami - aleja zmarłych o długości 2 mil, oraz ogromnymi piramidami słońca i księżyca, których szczyty zaliczamy obowiązkowo. Doznania psuje nie najlepsza pogoda w postaci zachmurzonego nieba.

Po zwiedzaniu długie oczekiwanie pod kaktusami na autobus powrotny do MC.

W MC schodzimy do metra.

6 stacj i przesiadka na drugą linię. Wchodzimy do wagonu wraz z tłumem miejscowych. Ruszamy. Wokół nas spocone Mexy. Jeden z nich odbił się ode mnie i wykonuje teraz dziwne ruchy wokół Piotrka przysuwając i odsuwając się od niego. Na nastepnej stacji wysiadają. Parzę na Piotrka. FUCK!!!@^% Jego mina mówi wszystko. Stało się to przed czym ostrzegały nas wszystkie przewodniki. Mexy wiciągnęły mu z zapinanej kieszeni spodni portfel podręczny. Na szczęscie było tam tylko 100$, dowód osobisty i kartę kredytową. Reszta pieniędzy pozostawała bezpieczna otulając moją łydkę. Byliśmy na to przygotowani. 100$ z budżetu zmniejsza naszą stawkę dzienną o 5$. Po 5 minutach, krótki telefon do banku w Polsce i karta dezaktywowana. Mexy mogą co najwyżej wypożyczyć mercedesa na dowód Piotrka. Ale co nas to. Wtedy będziemy już w Hondurasie....

Nie zrażeni przygodą udajemy się na dworzec Oriente skąd autobus zawiezie nas do Oaxaki.

Dworzec jakiego nie powstydziłaby się żadna metropolia światowa. Wypasione terminale, food courty, ślniąca podłoga. Dworzec Zachodni w Warszawie wymięka i płacze ze wstydu.

Szok. Przed wejściem do autobusu środki bezpieczeństwa jak na lotnisku. Bramki wykrywające metal i ręczne wykrywacze w rękach sexownych latynosek. Stajemy w kolejce. Ja przechodzę pierwszy. Piszczy. To tylko pasek. Wsiadam do autobusu. Za mną Piotrek. Też piszczy. Plecak. Osobista kontrola. Comendante wyciąga z plecaka 4 piwa, które

kupiliśmy na 6h podróż. Afera. Bezwzględny zakaz wnoszenia alkoholu. Jak to !? 6h w autobusie bez alkoholu!? Piotrek w hiszpansko-angielsko-polskim dialekcie próbuje wytłumaczyc, że przecież nie musimy ich od razu pić. To tylko zaostrza poziom dyskusji i sympatyczny pan prosi Piotrka, żeby ten zbliżył twarz. Co jest do cholery!? Chce mu dać buzi? NIE!!! Każe mu chuchać! Na szczęście wypiliśmy tylko jedno piwo i po krótkiej wymianie uprzejmości udaje się w końcu usiąść w autobusie. Browki wylądowały w bagażniku, powodując że wizja podróży stała się dla nas koszmarem.

Co było potem, w następnym odcinku bo idziemy na browar.

Adios.

B&P

Czołem Gringos,

Od czasu ostatniego maila zmieniły się dwie rzeczy:

- nauczyliśmy się liczebników, oraz kilkunastu zwrotów po hiszpansku, co wyraźnie odbiło się na końcowych opłatach jakie udaje się nam wynegocjować.

- pod znakiem zapytania stanął nasz pierwotny plan podróży. Okazało się, że cena przelotu Panama City - Mexico City jest znacznie wyższa niż ta którą sprawdzałem w internecie planując trasę. Obecna cena to ok. 450$ na twarz, co spowodowałoby obniżenie naszej dziennej stawki o 15$ na twarz. Mamy dwa wyjścia: - zacisnąć pasa i dotrzeć do Panamy opcją oszczędnościową, albo utrzymać dotychczasowy poziom wypasu, kosztem rezygnacji z Costa Rica i Panama, oraz powrót autobusem do Mexico City. Równolegle pracujemy nad zdobyciem biletu po satysfakcjonującej nas cenie. O końcowej decyzji, będziemy informować na bieżąco.

Ale wracajmy do bieżących wydażeń.

dzień 3 cd

Przed nami 6h podróż do Oaxaca - miasta na południu Meksyku. Autobus pierwsza klasa, rozkładane fotele lotnicze, ekrany TV. Cała podróż nie warta opisu - dwa filmy w trakcie w tym jeden to 2h męczarnia przy przygodach kaczora Donalda.

Wysiadamy z autobusu. Odbieramy bagaże i niespodzianka. Browary o które tak dzielnie walczył Piotrek zniknęły. Jakiś nie powiem jaki i kto nie bał się i nie powiem co ale browków nie ma. Na pocieszenie została nam kupiona na Okęciu whisky.

Późny wieczór, szybka decyzja odnośnie hotelu i spać.

Dzień 4 (środa, 31/03/04)

Oaxaca - pół milionowe miasto o charakterystycznej kolonialnej zabudowie. Przed zwiedzaniem miasta krótka wycieczka do Monte Alban-państwo miasto cywilizacji Zapotekow. Trochę mniejsze niż Teotihuacan w MC ale robiące wrażenie. Miasto zbudowane na wzniesieniu z którego mieszkający wówczas ludzie mieli kontrolę nad całą okolicą. Najwyższym punktem miasta był kopiec ułożony z kamieni i porośnięty kaktusami, chyba grobowiec. Cały ogrodzony z napisem EL PASO PROHIBITO. Niczym zakazany owoc, powiodło nas to na pokuszenie aby zrobić fantastyczne zdjęcia z jego szczytu. Mimo nawoływań okolicznych naganiaczy-sprzedawców udało nam się dotrzeć na sam szczyt. Zdjęcia zrobione. W drodze powrotnej ze szczytu doznaje mocnego ataku ze strony rosnącego tam kaktusa. Mam nadzieję, że nie jest to klątwa Zapoteków. Robimy zdjęcia. Nagle zza pleców słyszymy gromki okrzyk: Poland, Poland!!! Tak! to kolega szwajcar wyraził w ten sposób swoją radość z ponownego spotkania z nami. Krótka wymiana opini na temat spotkanych po drodze 4 francuzek i każdy idzie w swoją stronę.

Po południu dzień mija na kręceniu się po zakamarkach tego miasta i podziwianiu jego fantastycznie kolorowych domów oraz licznych kosciołów. Nic ekscytującego ale kto powiedział, że cały czas musi się coś dziać. Ból w nodze się nasila, zaczynam kuleć, cholera to chyba naprawdę klątwa.

Szybko zapominam o bólu, przechodząc koło tętniącego życiem targu z lokalnymi produktami żywnościowymi. Ku naszej wielkiej radości spotykamy stoisko z konikami polnymi zwanymi tutaj Champulines.

Fantastyczne! Siedzą trzy babki z workami pełnymi smażonych koników różnej wielkości i koloru. Są koniki małe, są koniki średnie i są koniki duże. Nasz wybór był oczywisty - duże. Zanim je kupiliśmy dokonaliśmy degustatcji każdego rodzaju. Mnie osobiście najbardziej smakowały te duże. Fajne uczucie kiedy odgryza się tułów. Można pooglądać pozostałą część konika w ręku analizując jego szczegóły anatomi. Koniki są przyprawione ziołami i lekko podsmażane. Przy łykaniu nóżki drapią trochę w gardło. Nie przeszkodziło to nam jednak w opędzlowaniu całego woreczka na ławce w parku Zocalo. Do tego polecamy pyszne tortille 1.5 peso za sztukę. Panie Makłowicz! Do dzieła, naród polski ma prawo poznać profesjonalne przepisy na przyrządzenie konika na niedzielny obiad dla rodziny.

Ból w nodze ustał. Może to zasługa koników?!

Dzień 5 (czwartek, 01/04/04)

Godz. 6.00 rano. Głośny skrzek papug na dziedzińcu hotelu budzi mnie ze snu. Fakir Piotrek nie śpi już od 4.00 kolejny dzień. Czyżby brak roboty?

Kontynuując tradycję zbaczania z często uczęszczanych przez turystów szlaków, wypadamy za miasto do wsi Zaachilla, gdzie odbywają się cotygodniowe targi zwierząt. Jedziemy tam transportem lokalnym.

Niestety co dalej w następnym odcinku bo zamykają nam budę i musimy sobie iść.

Bw

Czołem ponownie,

W międzyczasie zmieniliśmy już klimat na tropikalny. Żar wali z nieba niemiłosierny, ale do tego dojdziemy później.

Skończyliśmy na dniu 5 naszej podróży, kiedy to postanowiliśmy wypaść poza miasto Oaxaca i zobaczyć trochę lokalnych kolorytów wsi.

Udajemy się na dworzec B w Oaxace, który obsługuje głównie miejscowych. Jego poziom odbiega znacznie od dworca A na który przyjechaliśmy z Mexico City. Bród, smród i ubóstwo, oraz rozlatujące się autobusy tzw. chicken busy, czyli dokładnie to co lubimy najbardziej.

Tradycyjnie jestesmy jednymi z nielicznych białych, którzy tu się pojawiają. Znajdujemy autobus i po chwili mkniemy w kierunku oddalonej o 15km wioski Zaachilla.

Dojeżdzamy na miejsce.

Wysiadamy na głównym placu przed fantastycznym kosciołem, który prawdopodobnie pamięta jeszcze pierwszych klonizatorów hiszpańskich. Wspinamy się na pobliskie wzgórze aby zobaczyć go w całej okazałości. Potem do środka. Jasny niebieski kolor ścian przywołuje wspomnienia z polskich wiejskich kosciołów. Potem zapuszczamy się w głąb wioski.

Cała wieś żyje targiem jaki właśnie tego dnia tam się odbywa. Właśnie takie widoki ciągną nas do tych miejsc. Nie ma bardziej inspirujących miejsc do fotografowania niż bazary wszelkiej maści. Są to miejsca które sworzyły, tworzą i będą tworzyły różne cywilizacje. Jest coś fascynującego w obserwowaniu ludzi, którzy gromadzą się w jednym miejscu w celu wymiany towarów. Tutaj jest to szczególnie absorbujące, gdyż na targi przychodzą całe rodziny z dziećmi. Dodatkowo, fotografowanie tutaj ludzi jest przeżyciem dostarczającym wiele adrenaliny. Tutejsza ludność bardzo nieufnie podchodzi do białych a w szczególności tych, którzy ich fotografują. Gdy tylko dostrzegają wycelowany w nich obiektyw, natychmiast odwracają sie plecami lub zasłaniają twarz czym tylko mogą. W ich mniemaniu zrobiona fotografia odbiera im część duszy. Szczególnie niebezpieczne jest robienie zdjęć dzieciom. Lokalni obawiają się, że będą one wykorzystane przez handlarzy żywym towarem. Zdarzały się przypadki kiedy robiący fotografie został zlinczowany. Ale czy to mogło nas powstrzymać? Oczywiście nie! Idziemy na targ zwierząt.

Dookoła cowboye negocjują ceny koni zaglądając im to w zęby to pod ogon. Obrazy jak z westernów. Jakiś narowisty koń zrywa się z uprzęży i biega jak wściekły wokół drzewa wierzgając kopytami. Jeden z machos próboje go powstrzymać. Gdzie indziej w specjalnie skonstruowanych zagrodach ranczerzy puszczają byki. Chwila koncentracji, strzał, zdjęcie zrobione.

Teraz trzeba chwilę odczekać, wyczuć nastroje, zobaczyć czy pozwolą na więcej.

Kilku mężczyzn patrzy na nas potępiającym wzrokiem. To jeszcze nie wystarczy żeby nas zniechęcić. Czekamy. OK. Już spokój. Możemy przymieżyć sie do następnego. Cyk. Jest następne. Machos przybijający pięści akceptując transakcje. Spadamy. Już wystarczy. Nie wolno przeciągać struny. Jeszcze parę zdjęć i możemy zebrać bęcki.

Idziemy na Colectivo - chicken bus wożący lokalesów. Wsiadamy. Jest pusto. Po chwili dosiadają się kolejni pasażerowie. Sami autochtoni. Autobus full. Ruszamy. Po kilku minutach autobus staje. Wsiada latynos z gitarą. Niczym Banderas zaczyna grać i śpiewać meksykańskie songi. Nieprawdopodobne jak mu się to udaje, grać i śpiewać, przeciskając się przez tłum pasajeros. Do tego wychodzi mu to całkiem dobrze. Tak dobrze, że aż go nagrałem na komórkę.

Dojeżdżamy do Oaxaki. Ostatni spacer po mieście i biegiem do hotelu po bagaże. O godz. 19.00 wyrusza nasz autobus w 13h podróż do San Cristobal. Jesteśmy na dworcu. Piotrek dostał ambitne zadanie przygotowania mikstury usypiającej nie do wykrycia przez bramki dworcowe. W tym celu użył plastikowej bańki tequili + sprite = 1l tequlli bum bum. Tak zaopatrzeni, szczęśliwi i wyspani docieramy do San Cristobal de las Casas.

Dzień 6 (piatek, 02/04/04)

San Cristobal - najbardziej znane miasto stanu Chiapas zamieszkałego przez 4 miliony ludzi w tym 1 milion ortodoksyjnych indian. W roku 1994 w stanie tym Zapatyści przeprowadzili rebelię przeciwko federalnemu rządowi Meksyku i na krótki czas przejęli władzę. Chwilę potem wojska rządowe przywróciły porządek i stan oblężonej twierdzy utrzymuje się do dzisiaj.

Na każdym skrzyżowaniu, oraz przy każdym strategicznym budynku stoi grupa po zęby uzbrojonych żołnierzy. Co jakiś czas przez miasto przejeżdża pick-up wypełniony mundurowymi. Wystarczy.

Spadamy za miasto. 15 km za nim namierzamy fantastyczną wieś.

CHAMULA - tak się nazywa. Jest to wieś zamieszkiwana w 100% przez super ortodoksyjnych Indian z plemienia jakiegośtam. Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że obowiązuje tam surowy zakaz robienia zdjęć. Znaki informujące o tym widać na każdym kroku wjeżdżając do miasta.

To coś dla nas. Cel: ustrzelić parę fotek. Wjeżdżamy do wsi. Urzekający widok. Stary wybiałkowany na niebiesko kosciół (może raczej wyniebielony) na środku wielkiego placu ogrodzonego parkanem. Poza nim miejscowy targ. Wszyscy ubrani w lokalne tradycyjne stroje indiańskie. To nie była żadna szopka zrobiona pod turystów. Oni tak chodzą na co dzień. Zupełnie oderwani od otaczającej ich rzeczywistości. Czujemy się obco. Chowamy głęboko aparaty. Mimo upału zakładam kurtkę pod którą skrzętnie chowam mojego Canona. Przytulamy się do parkanu. Tu mamy pole manewru. Piotrek obserwuje otoczenie. Ja szukam motywu. Nagle na plac wchodzi bajecznie naturalnie oryginalna procesja indian.

Mężczyźni ubrani w czarne owcze skóry grają na instrumentach. Kobiety trzymają w rękach kadzidła. Dzieci za nimi. Bajka. Lepszego motywu nie mogliśmy znaleźć. Muzyka miesza się z zapachami. Nasze zmysły siegają zenitu. Adrenaliny dodaje zakaz fotografowania.

Wychylam zza kurtki aparat. Jak nas zobaczą będą problemy. Zoom, focus, strzał. Udało się. Procesja idzie dalej bez świadmości, że te ulotne chwile znajdą się w Polsce. Czas na kościół. Idziemy do środka. Tu szanujemy lokalne reguły i chowamy aparaty do plecaka. Obraz jaki ukazuje się naszym oczom zwala nas z nóg. Cała podłoga usłana sianem. Setki świecących świec. Na podłodze nieregularnie ustawione stoły przy których klęczą całe

indiańskie rodziny. Matki karmiące dzieci. Ojcowie szepczący modlitwy. Klimat żywcem przeniesiony z czasów chrystusowych. Zero nadęcia i udawania. Szczere uczucia. Prostota. Nie mamy śmiałości naruszyć ten spokój robiąc jakieś tam zdjęcia. Wychodzimy poruszeni. Amen.

Wracamy do San Cristobal. Kontynuując rozpoczęta katharzis wspinamy się jedno po drugim na 2 przeciwległe wzgórza na których wzniesione są najbardziej znane świątynie w mieście.

Idziemy spać. O 7.00 rano odjeżdża nasz autobus do Palenque.

Dzień 7 (sobota, 03/04/04)

O godz. 13.00 dojeżdżamy do celu. Niewiarygodne. 220 km i całkowita zmiana klimatu. Z umiarkowanych 20 kilku stopni i zachmurzonego nieba wpadamy w 30 kilku stopniowy żar dżungli z niebem jak patelnia. Nasze organizmy nie są na to przygotowane. Pocimy się jak myszy w karcerze. Mając na uwadze wariant oszczędnościowy wybieramy budżetowy hotel za 10$. Jak się potem okazało nie był to trafny wybór.

W niedziele będziemy przekraczać granice Gwatemali. Potrzebujemy wizy. W biurze Turistico Oficina informują nas, że Migracion Oficina znajduje się 4km za miastem. Łapiemy busa i za 14 peso wiezie nas ok....... 14km za miasto. Drobna oszybka...

Busik staje w środku bezdroża przy obskórnym baraku Emigration Oficina. Wysiadamy. Wchodzimy do środka. Scena jak z programu "CELA" TVN. Dwie zakratowane cele a w nich dwie latynoski machające do nas rękoma. Za szklaną szybą wita nas rubaszna Dolores w mundurze meksykańskiej policji. Z rozbrajającą szczerością informuje nas, że wizę kupimy na frontierze. Ale wycieczka była cool. Mniej cool był powrót.

Pusta rozgrzana do czerwoności droga z dwoma polaczkami maszerującymi w kierunku miasta. Po kilku km marszu zlitował się nad nami jakiś busik w którym temperatura wynosiła blisko zero. Szok termiczny i jesteśmy z powrotem w mieście.

Zachęceni pomyślnym przebiegiem wydarzeń decydujemy się zwiedzić jeszcze tego samego dnia największe meksykańskie ruiny majów = Palenque Ruinas.

Ruinas jak ruinas. Nie będziemy was zamęczać kolejnym ich opisem. Pokażemy zdjęcia. Jedyna ciekawostką były odgłosy ryczących dzikich kotów (chyba) rozlegające się w całej dżungli. Wracamy do naszego hotelu perwszej klasy.

W wyniku przeprowadzonego głosowania, hotel ten zajął zaszczytne 2 miejsce w naszym rankingu Best Fucking Hotels in The World. Pokój nie dorównujacy standardom więzienia w Bialolece. Drzwi zmniejszone o połowę, wahadłowe metalowe okno przypominające kratę, ażurowa ściana u podstawy sufitu przez którą słychać każdy ruch współmieszkańcow hotelu. Dodatkowo kibel z prysznicem wielkości kibla męskiego w Levi Strauss Poland Sp. z o.o. Finito. Idziemy spać, gdyż jutro przekraczamy granice Gwatemali i nasz autobus wyrusza o godz. 6.00 rano. Dobranoc.

B&P

Dzień 8 (niedziela, 04/04/04)

Godz. 4.20 rano. Rozlega się przeraźliwy dźwięk budzika sąsiada z pokoju obok! Dzięki ażurowym ścianom nie jest istotne w którym pokoju dzwoni. Budzą się wszyscy. Nasze budziki nastawione na godz. 5.00. Do tego czasu co minutę sprawdzam ile zostało. 4.21, 4.30, 4.59. Z czystej formalności czekam, aż zadzwoni. Zadzwonił. Wstajemy. Cholera, czy po to brałem urlop, żeby wstawać codziennie parę godzin wcześniej niż wstawałem do roboty. Tak. Chyba po to.

O godz. 6.00 rusza nasz autobus do Frontiera Corazol - granicy Meksyku z Gwatemalą. Wybiegamy z hotelu i nerwowo rozglądamy się za jakimś śniadaniem. Sklepy jeszcze zamknięte. Jedynie faktoria z tortillami wyrzuca je jedna po drugiej. Bierzemy. Po 5 na głowę. Do tego przesłodzona kawa kupiona w obwoźnej budzie. Po chwili odnajdujemy colectivo. Jesteśmy pierwsi. W ciągu następnych 45 minut zbiera się komplet pasażerów. Ruszamy.

Droga do granicy prowadzi przez wiejskie rejony stanu Chiapas. W pewnym momencie dostrzegamy tablicę witającą na terytorium Zapatystów, którzy dokonali rebelii w 1994. Fakt ten potwierdza się podczas następnych kilometrów drogi. Na 150 km jej odcinku przejeżdżamy przez 6 rogatek pilnowanych przez uzbrojonych żołnierzy. Aż strach pomyśleć jak będzie wyglądała granica.

Po 2.5h jazdy docieramy do ostatniej rogatki. Wysiadamy. Łapiemy taksówke, która dowiezie nas do rzeki będącej granica. Dojeżdżamy do Imigration Office. Okazuje się że pieczątka, którą dostaliśmy w Palenque jest wystarczająca i nie musimy się odprawiać. Zaskakuje nas zupełny brak jakiejkolwiek kontroli. Nie ma żolnierzy, policji, tylko jeden znudzony koleś w murowanym domku po środku wsi. Coś nie tak. Na pewno przetrzepią nas po stronie gwatemalskiej.

Wychodząc spotykamy angola z hiszpańską dziewczyną. Dogadujemy się, że weźmiemy razem łódź aby przepłynąć na stronę Gwatemali. Będzie taniej. Hiszpanka jako znająca język autochtonow negocjuje cenę. Nie jest zbyt twarda. Odpuszcza przy 200 pesos za całą czwórkę. Można było jeszcze utargować ale trudno. Płyniemy. Po drodze dowiadujemy się, że angol jest nauczycielem i wypracował sobie fajny system. Pracuje rok a potem za zaoszczędzone pieniądze zwiedza świat. Właśnie jest 9 miesiąc w podróży. Fajnie. Ciekawe dlaczego polscy nauczyciele nie robią tak samo. Domatorzy jacyś czy co?

ADIOS MEXICO, BIENVENIDO GUATEMALA. Po 30 min dopływamy do gwatemalskiego brzegu. Toż to kolejna wiocha zupełnie nie przypominająca granicy. Wysiadamy na ląd. Nikt się nami nie interesuje. Krowy się pasa, kury biegają, zupełny chill out. Na wzgórzu stoi jakiś autobus a przy nim grupa białasów. Podchodzimy. Okazuje się, że autobus zbiera wszystkich przypływających turystów i zawozi ich najpierw do biura odpraw a potem do Flores, czyli miasta do którego chcemy się dostać. Czekamy tam 1.5h aż uzbierał się komplet pasażerow. Autobus rusza. Po 5min podjeżdżamy pod obdrapany budynek z reklamą Pepsi. W środku w temperaturze sauny ustawiamy się w kolejce do spoconego pana wbijajacego pieczątki do paszportu, oraz pobierającego opłaty wjazdowe. Nasza kolej. Po raz kolejny serdeczne życzenia dla polskiego MSZ. Wszyscy płacą po 10$ a my jako obywatele Rzeczypospolitej Polskiej jedyne 20$. Trudno. Jedziemy w drogę. W drogę której jakość żywcem przypominała te z Kambodży. Zero asfaltu pełno pyłu i kamieni. Sceneria jak z Jurasic Parku. Nienaturalne pagóry z fantastycznymi palmami. Dookoła gęsta dżungla. Co jakiś czas rancho a na nim pasące się bydło. Zabudowania również jakościowo dużo gorsze niż w Meksyku. Podoba nam sie. Takie kraje są dużo ciekawsze niż te dobrze zorganizowane. Może jednak nie? Po 5h godz. jazdy w pyle i upale rozlatującym się autobusem mamy naprawdę dosyć. W końcu dojeżdżamy.

Flores - cóż za niespodzianka. Miasteczko zbudowane na wyspie na jeziorze połączone lądem wąską szosą. Tego nie pisali w przewodnikach ale jest to coś na kształt kurortu wypoczynkowego podobnego do Nha Trang w Wietnamie. Same kameralne hoteliki i restauracje nad brzegiem wielkiego jeziora. Szukamy hotelu. Kolejne zaskoczenie. Znajdujemy przyjemny hotelik z dostępem do jeziora za cenę niższą niż za więzienne cele poprzedniej nocy. Podejmujemy decyzję. W tak przyjemnych okolicznościach należy nam się chwila wypoczynku. Zostajemy tu 2 dni zamiast planowanego jednego. Nie opóźni to naszego

programu, gdyż zaoszczędziliśmy już 2 dni robiąc Meksyk w tempie japońskiego turysty.

Wieczór mija na eksploracji okolicznych barow, pisaniu wczorajszego reportażu, oraz degustacji lokalnego piwa.

Dzień 9 (poniedziałek, 05/04/04)

Wstajemy dopiero o godz. 7.00. Jedziemy zwiedzać najwieksze ruiny Majow w Tikal. Tradycyjnie lepsze od opisu będą zdjęcia jakie przywieźiemy. Powiem tylko, że naprawde było warto. Wrażenia porównywalne z pobytu w Angkor Watt w Kambodży. Podobnie jak tam ruiny znajdują się na wielkiej powierzchni w gęstej dżungli. Temperatury sięgające 35 stopni przy dużej wilgotności dały nam w kość.

Po południu jesteśmy już na wyspie. Słowo sie rzekło i trzeba odpocząć. Kąpiel w jeziorze, kolacja w restauracji wychodzącej w wodę i plany na jutro. Mam nadzieję, że nie będzie wam

przykro, że w czasie kiedy Wy będziecie patrzeć z wielką pasją w monitory komputerów, my udamy się na wycieczkę kajakiem wokół przepięknego tropikalnego jeziora.

Pozdrawiam,

B&P

Dzień 10 (wtorek, 06/04/04) (Flores)

Słowo się rzekło. Chill out. Śpimy do 8.00. Idę do spożywczaka po śniadanko. Bułki, szynka i piwko.

Po śniadaniu, siadam z piwkiem na molo i bezmyślnie patrze na wodę. Po chwili dosiada się Piotrek. Z piwkiem. Siedzimy. Czas leniwie płynie. Do molo podpływa barka o wdzięcznej nazwie EL Jaguar. Wyskakuje z niej zarośnięty koleś o europejskiej urodzie. Buenas Dias. Mówi, że jesteśmy albo ze Skandynawii, albo z europy wschodniej. Tylko te dwie nacje piją alkohol przed godziną 12.00. Ale nas rozpracował.

On - skromny niemiec, który postanowił rozstać się ze swoim pięknym krajem jakieś 20 lat temu i przez ten czas włóczy się po karaibach. Ostatnie 3 lata siedzi we Flores gdzie wozi turystów swoim jaguarem po jeziorze i prowadzi restaurację tuż obok naszego hotelu. Zaprasza nas na happy hours między 18.30 a 19.30 na cuba libre za pół ceny. Of course senior, will be there!

Opuszczamy wyspę i idziemy do centrum miasta, kupić bilety na autobus, który zabierze nas do stolicy nocnym kursem. Niemiłosierny upał powoduje, że myślimy tylko o jednym. Do wody! Wracamy na wyspę i wypożyczamy dwa kajaki. Drogo. 3$ za jeden za godzinę. Opływamy okoliczną wyspę. Fantastyczne widoki. Lazurowa woda i gęste palmy u wybrzeży. Zapominamy o palącym słońcu. Znów będą problemy ze spaloną skórą. Wracamy. Kolejne kilka godzin spędzamy w wodzie. Płynę wpław na wyspę, którą opływaliśmy kajakami. Wiem. Przynudzam. Ale naprawdę taki był ten dzień.

Nieubłagalnie zbliża się godzina 18.30. Czas na happy hours u niemca. Nie sposób pominąć tej restauracji. Jako jadyna w tym kraju gra rockowe ambitne kawałki. Wchodzimy.

Niemiec wita nas radośnie. Za chwilę dwie cuba libre ladują na stole. 2,4,6 tak jakoś to było. Jest pięknie. Zaparkowany przed restauracją jaguar lśni w zachodzacym słońcu. Poznajemy kolejnego poszukiwacza antysystemu. Amerykanin z Kalifornii. Konsultant IT. Pracuje w Gwatemali za 10% tego co miał w Stanach, ale poświęca na to tylko 2h dziennie. W międzyczasie popija drinki i pływa w jeziorze. Nienawidzi Ameryki. Opowiada nam ciekawy życiorys niemca.

Otóż przed-karaibskie życie spędził jako techniczny różnych kapel rockowych. Zjeździł z takimi kapelami jak Ozzy Ozbourne, Metallica cały świat. Przysiada się sam niemiec. Wywiązuje się całkiem ciekawa dyskusja o systemach, matrixie i wolności.

CUBA LIBRE seniores! Tutaj naprawdę bardzo łatwo zostać rewolucjonistą!!!

Niemiec podobnie jak Amerykan nie lubi swojego kraju. Nie zamierza tam już wrócić. Znalazł sobie tutaj lokalną kobitkę i budują razem swój antysystem.

Bardzo pouczająca lekcja.

Miło było, ale trzeba iść na dworzec. O 21.00 wyrusza autobus do Gwatemala City skąd udajemy się do Antigua City.

Jesteśmy przed czasem. Poznajemy niemkę, która rownież jedzie do Antigua. Wymianiamy się swoimi historiami. Mamy dużo czasu. Autobus spóźnia się już godzinę.

Jest. Siadamy. W zaśnięciu pomaga nam wcześniej przyrządzone 2 litry cuba libre a la Peter. Zainteresowanych przepisem odsyłam bezpośrednio do alchemika.

Dzień 11 (środa, 07/04/04) (Gwatemala City/Antigua)

5.30 rano. Wysiadamy na dworcu. Cuba libre dalej szumi w głowie. Musimy przemieścic się na inny dworzec z którego chicken busem pojedziemy do oddalonej o 45km Antigua.

Miasto Gwatemala robi na nas złe wrażenie. Po raz pierwszy poczułem się zagrożony. Co chwilę zaczepiają nas jakieś ciemne typy i agresywnie żądaja kasy. Zachować spokój i nie dać się sprowokować. Udaje się. Dochodzimy do dworca bez start fizycznych. Znajdujemy właściwy autobus. Typowy chicken bus jakich tu pełno. Chca lądować plecaki na dach ale nie z nami te numery. Uparcie wnosimy je do środka. Siadamy. Autobus wypełnia się po brzegi. Scena z jakiegoś filmu Bareii tutaj jest rzeczywistością. Koleś, ze zwinnością małpy przeskakuje nad głowami pasażerów i pobiera opłaty. Cena śmieszna 0.5$ za osobę.

Dojeżdżamy do Antigua. Trafiamy w najlepszym okresie. Semana Santa. Lokalna Wielkanoc. Miasto w którym obchodzi się ją najbardziej barwnie i hucznie na całym świecie. Co dzień wielotysięczne procesje z niezliczoną ilością rekwizytów, orkiestr i folkloru. Ma to też złe strony. Najbardziej obłożony okres a my nie mamy rezerwacji hotelu. Będzie ciężko. Wychodzimy z dworca. Skwierczący upał i tumany kurzu unoszące się w powietrzu. Wszystko to miesza się z zapachami lokalnych cheapnych jadłodajni. Naszym oczom ukazuje się zwalający z nóg widok. Nad miastem panuje olbrzymi wulkan Pacaya. Patrzymy w przewodnik. Aktywny.

Rozpoczynamy poszukiwania hotelu. Spalone poprzedniego dnia plecy nie pozwalają zapomnieć o ciążącym plecaku. Odbijamy się od kilkunastu hotelików. Nie ma miejsc i jeszcz do tego ceny nie schodzącę poniżej 20$ od osoby. Po 1h poszukiwań totalne zaskoczenie. Znajdujemy hotelik z wolnym pokojem za 5$ za dwóch. Nie wierzymy własnym uszom. Kilka razy upewniamy się czy mówimy o tych samych pieniądzach. Marriott to to nie jest ale nam to nie przeszkadza. Rzucamy plecaki i w miasto. Niewątpliwie miasto z duszą. Wszedzie pełno starych kosciołów i klimatycznych kamieniczek. Do tego górujacy nad miastem wulkan. Zobaczycie na zdjęciach.

Musimy kończyć bo zamykają.

Do jutra,

B&P

Dzień 11 (środa) Antigua c.d.

Nie pamiętam na czym skończyłem ale gdzieś na początku dnia.

Po zalogowaniu się w hotelu idziemy w miasto. Wyczytujemy na ogłoszeniach, że o 14.00 wyrusza procesja spod koscioła La Merced. Musimy tam być. Po drodze wpadamy wręcz na Irish Pub prowadzony przez rodowitą irlandke. Nie możemy tego ominąć. Jeszcze 2 browki nikomu przed procesją nie zaszkodziły.

Potem jesteśmy już na placu przed kosciołem. Tłum ludzi. Pełno dzieci ubranych w fioletowe sukmany. Niektóre niosą halabardy. Robimy kilka zdjęć. W kościele formuje się czoło procesji. Najpierw wychodza chłopcy niosący ogromną platformę z jakąś boską historyjką. Po 20 chłopców po każdej stronie. Specjalny system kroków powoduje że platforma sprawia wrażenie jakby plynęła na wodzie. Za nimi morze fioletowych mundurków. Wokół pełno dymu z noszonych kadzideł. Z niego wyłania się orkiestra dęta głośno grająca religijne songi. Spore wrażenie. Za orkiestrą wyłania się druga platforma, tym razem niesiona przez dziewczynki. Chodzą tak po ulicach masta do 20.00. My wymiękliśmy po godzinie. Zmęczeni nocną podróżą idziemy spać na kilka godzin.

Wieczorem spotykamy ponownie tę samą procesję na placu głównym. Naładowani duchowo zasłużyliśmy na dostarczenie czegoś ciału. Idziemy do jakiegoś fajnego lokalu. W środku pełno białych. Trzeba dodać, że Antigua jest słynna także ze szkół hiszpańskich jakie się tu znajdują w ogromnej ilości. Młodzież z całego świata przyjeżdża tu na 3 miesięczne lub dłuższe kursy, wieczorami obficie balując. Kończymy o 1 w nocy w fantastycznych humorach bogatsi o znajomości z kilkoma skandynawkami i miejscowym grajkiem o wdzięcznym imieniu Enrique.

Dzień 12 (czwartek, 08/04/04)

Wielki Czwartek.

Klimat tego dnia unosi się w powietrzu już od rana. Kobiety i dzieci układają na wszystkich ulicach bajecznie kolorowe dywany z trocin, ziarna, owoców, warzyw. Po nich wieczorem przejdą procesje. My niestety nie będziemy w nich już uczestniczyć. Opuszczamy to piękne miasto i udajemy się nad jezioro Atitlan.

Łapiemy chicken busa do Chimaltenango. Jest jeszcze pusty więc mamy komfort wyboru miejsca i wrzucenia plecaków do środka. Opłata tradycyjnie symboliczna 0.5$. Po 1h wysiadamy na środku zakurzonej drogi. Gdzieś tu powinien przyjechać kolejny, który zabierze nas do Solola. Po 15 min jest. Niestety już bez komfortu wyboru miejsc a tym bardziej włożenia plecaków do środka. Lądują na dachu. My wciskamy się tylnym wejściem do autobusu. Miejsca jest tylko na jedną nogę. Druga gdzieś wciśnięta bezwładnie między pasażerów. Trzymam się za pieniądze i jedziemy. Płacimy za przejazd. Negocjujemy twardo stawkę i o dziwo koleś wymięka przy zaproponowanej przez nas kwocie, która była chyba niższa niż placili lokalesi.

Po dwóch godzinach kolejna zmiana autobusów. Ostatnia. Ten dowiezie nas do Panajachel nad samym jeziorem. W środku pelno podchmielonych latynosów. Zaraz po naszym wejściu zaczeli nas zaczepiać i chyba obrażać.

Piotrek zaciska pięści a ja oglądam widoki. Trzeba zachować spokój. Przewaga liczebna stawia nas na straconej pozycji.

Po 0.5h dojeżdżamy. Wreszcie. W zębach pełno kurzu. Wysiadamy i przestaje nam się podobać. Miasto załadowane przez turystów, pełno straganów, knajp. Lokalne Zakopane w szczycie sezonu. Sex, drugs and rock&roll. Nie uwierzycie ale nam to nie pasuje. Nie tym razem. Podejmujemy szybką decyzję. Spadamy na drugą stronę jeziora do mniejszego miasteczka San Pedro.

Kolejny transport tym razem wodny. Szybka łódź mknie przez wulkaniczne ogromne jezioro. Dookoła wysokie strome góry i wulkany wychodzące bezpośrednio z wody. Nieliczne zabudowania jakby przyklejone do skalnych urwisk. Sceneria jak z wybrzeży Copacabana.

Dopływamy. Wita nas radosna jamajska muzyka i opary marihuany w powietrzu. Na lądzie pełno marlejowców w wydzierganych sukmanach. Ale czad!!! Dużo lepiej niż po przeciwnej stronie. Szukamy szybko hotelu i w miasto. Za dużo powiedziane. Kilka uliczek i kosciół. Nad nimi wulkan San Pedro. Naganiacze chcą nam sprzedać stuff różnorodny. Co to jest? Ośrodek wypoczynkowy dla kartelu z Medelin?

Siadamy w sympatycznej knajpce w bambusowej scenerii. Na ścianach portrety Che, Boba Marleya i wielki napis FREEDOM. Muza jak do medytacji. Od razu podchodzi koleś i pyta jaki stuff chcemy. To chyba nie był kelner!?.

Dziękujemy i zamawiamy piwo. Jesteśmy nielicznymi białymi, którzy nie mają dredow na głowie i fifki w gębie. Ale obciach. Wyglądamy jak grzeczne chłopczyki z collegu. Zaglądamy do przewodnika.

Wszystko jasne!!! Jest to region na którym bardzo popularna jest uprawa marihuany. Lokalny towar za dobrą cenę. Pierwszy sort prosto z pola. Może spróbujemy w takim razie? Potem. Może piwo wystarczy.

Towarzystwo odlotowe. Ujarani do nieprzytomności dwa japońce, suchy spalony dziadek z długą białą brodą wyglądający jak Gandalf, kilku reggae boys. I my. Kilka piwek i idziemy spać bez marihuany. Jutro ciężki dzień. Idziemy zdobywać wulkan San Pedro. Zamawiamy przewodnika na 7.00 rano.

B&P

Dzień 13 (piątek, 09/04/04)

Wstajemy o 6.00 rano. Przed nami intensywny dzień. Wulkan San Pedro. 3.100 m.n.p.m. Niezłe licho. Do tego wszystkie przewodniki ostrzegają przed nim. Z uwagi na trasę przebiegającą przez gęstą dżunglę grasują tam bandy z maczetami napadające na turystów. Zdażały się gwałty i pobicia o rabunkach nie wspominając. Decydujemy się jednak, gdyż nigdy nie byłem na wulkanie, poza Fuji w Japoni ale wtedy była mgła i nic nie widziałem.

Mija godzina 7.00. Gdzie jest do licha nasz przewodnik. Miał przyjść do naszego hotelu i nas zabrać. Pytamy wnuka właściciela hotelu, który miał go załatwić. Wsiada na rower i jedzie po niego. Po 20 min wraca. Sam. Przewodnika nie ma w domu. Cholera. Co robić?

Fakt. Dzisiaj jest Wielki Piatek. Wszyscy świętuja. Ale miał być. Może żona zapędziła go do kręcenia makowców. Swoją drogą ciekawe placki muszą tu piec na Wielkanoc mając plantacje trawki. Może uda się spróbować. Nic to. Trzeba podjąć decyzję. Idziemy sami, kompletnie nie znając trasy, czy odpuszczamy. Krótka narada. Idziemy. Nie możemy sobie pozwolić na stratę jednego dnia. Mamy zbyt napięty program.

Ruszamy przez miasteczko. Wszyscy przygotowują się do procesji. Układają takie same dywany jak w Antigule tylko ładniejsze. Mam nadzieję, że bandy dzisiaj też świętują i będziemy bezpieczni. Tym bardziej, że od razu widać, że idziemy na wulkan. Kije w rękach, polary i kurtki przeciwdeszczowe wokół pasa.

Musimy się dowiedzieć jak podejść pod szlak. Piotrek zasięga języka w pobliskim hotelu. Jakiś miły człowiek rozrysowuje mu trasę. Do końca wsi pod górę, koło boiska i przy budowie jest wejście na szlak. OK. Idziemy. W ciagu 45 min docieramy do boiska. Zaczynają się stromizny. Wulkan jako struktura stożkowa charakteryzuje się równomiernym stopniem nachylenia. Jakieś 45 stopni. Niezła orka dla organizmu. Dochodzimy do budowy. Tu ma być wejście na szlak. Jest. Kamienna droga prowadząca przez plantację kawy. Niezły widok. Pierwszy raz widzimy rosnący produkt, który spożywamy codziennie rano. Wygląda inaczej niż ekspress do kawy. Ładniej. Zapuszczamy się.

2h godziny wspinania się przez plantację. Potem kończy się i zaczyna dżungla. Raz co raz gubimy drogę i dochodzimy do innej oplatającej wulkan. Nie poddajemy się. Co jakiś czas spotykamy kolorowe jaszczurki. Czy one aby nie są jadowite? Odejdźcie w pokoju. Przyplątał się też mały wąż. Lepiej niech nie woła rodziców. Mijamy go łukiem. Mordercza wspinaczka trwa. Organizm czasami odmawia posłuszeństwa. Musimy odpoczywać. Koszule nadają się do wyżęcia. Co jakiś czas dochodzimy do takich gęstwin, że uniemożliwiają przejście. Cofamy się. Do licha. Tak ciężko wpracowana wysokość i trzeba ją tracić. Próbujemy nowego podejścia. Gęsto, ale ciężką pracą udaje się przejść. Czy to napewno jest ten szlak? Mamy coraz więcej wątpliwości. Zmęczenie coraz większe, czas mija ( 4h wspinaczki) a dżungla sprawia coraz większe problemy. Ponownie schodzimy trochę w dół i szukamy nowego podejścia. Zapasy wody dramatycznie się kończą. Mamy wrażenie, że jesteśmy już tuż, tuż, szczytu tylko gęsta roślinność zabrania nam wstępu. Po kolejnej godzinie miotania się poddajemy się.

Wulkan górą. Nie chciał pokazać się nam w całej okazałości. Skwaszeni schodzimy w dół. Na osłodę przepiękne widoki na zatokę z miasteczkiem w którym mieszkamy. Następny wulkan w Nikaraguii. Równie okazały a nawet wyższy. Tam powetujemy sobie odniesioną dziś porażkę. Wracamy do hotelu i wycieńczeni padamy na wyrka. Jutro znów pobudka poranna. O godz. 6.00 wypływa nasza łódź do Pajanachel. Dzięki wielokrotnym połączeniom zamierzamy się jutro w nocy zameldować w Copan w Hondurasie. Bardzo ambitnie.

W międzyczasie zdecydowaliśmy o rezygnacji z Panamy i Kostaryki. Nie jesteśmy leszcze i nie będziemy płacić 1000$ za powrót do Mexico City. Nie mają tanich biletów, to nie będziemy zostawiać dolców w ich kraju. Zapowiada się hardcorowy powrót. Z Nikaraguii do Mexico City autobusem. 5 dni jazdy non stop z przesiadkami.

To tyle. Do usłyszenia.

B&P

Dzień 14 (Sobota, 10/04/04)

Chyba 3.00 w nocy. Budzi nas głośna muzyka raege. To marleyowcy wrócili z nocnych libacji i postanowili ją kontynuować w hotelu. Tak już jest do końca naszej godziny pobudki czyli 5.30.

Wstajemy. Nie ma czasu na śniadanie. O 6.00 wypływa łódź na drugą stronę jeziora. Fantastyczny czas na robienie zdjęć. Z płynacej łodzi robimy kilka fajnych ujęć budzących się do życia wulkanów. Lądujemy w Panajachel po 30 min i łapiemy autobus do Guatemala City. Śniadanie w autobusie złożone z bułki i jogurtu kupionych przed wejściem.

3 godz. później – Gwatemala City. Ponowne spotkanie z tym koszmarnym miastem. Tym razem za dnia wydaje się być bardziej przystępne. Pół godzinny spacer po mieście w poszukiwaniu dworca chicken busów do Chicquimula skąd musimy złapać kolejny autobus do granicy z Hondurasem - El Florido. Sytuacja jest o tyle napięta, że musimy tam być przed godz. 18.00. O tej właśnie godzinie zamykają granicę. Jesli nie zdążymy, wylądujemy po środku nikąd bez dachu nad głową.

O godz. 14.00 lądujemy w Chicquimuli. Miasteczko jak z westernów. Rozpalone słońcem uklepane pełne kurzu drogi, ludzie pochowani pod wszystkim co daje cień. My z plecakami jedyne białasy w mieście spacerujące środkiem ulicy niczym John Wayne idący na pojedynek. W końcu jest. Dworzec. Za dużo powiedziane. Autobus i sklepik w którym była poczekalnia. Ładujemy się na ławki. Autobus pamiętający czasy Kennediego odjeżdża o 15.30. Jeśli nic nie wydarzy się po drodze, na granicy powinniśmy być na styk.

Godzina leżenia na ławie w upalnym stojącym powietrzu i pakujemy plecaki na autobus. Ruszamy. Tempo jazdy autobusu nie wróży nic dobrego. Konstrukcja skrzyni biegow jest zadziwiająca. Po każdym zatrzymaniu, kierowca wykonuje masę skomplikowanych przełożeń aby rozbujać autobus do prędkości 20 km/h. Liczymy: 1 bieg, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, jest!!! Autobus osiągnał prędkość pow. 20km/h. Jescze tylko 9 i 10 bieg i jedziemy z prędkością przejazdową, czyli jakieś 50 km/h. I tak za każdym zatrzymaniem autobusu, co zdarza się niezmiernie często. Co jakieś 2, 3 min. Wizja noclegu pod kaktusem staje się coraz bardziej realna. Warunki w jakich się przemieszczamy stają się nie do zniesienia. Potworny skwar jaki generują otaczające nas pustynie z kaktusami. Ziemia wypalona na popiół. Powietrze wpadające przez okna autobusu, parzy nas w twarz. Najgorzej jak kierowca zatrzyma maszynę. Wtedy następuje prawdziwa sauna. Pot zalewa oczy. Pocą się nawet paznokcie. Autobusowa kompania również pozostawia wiele do życzenia. Sami lokalesi. Rdzenni mieszkańcy okolicznych wiosek. Przed nami siedzi zalany wielkosobotnimi trunkami indianin. Próbuje nawiązać z nami kontakt, ale jego ciężka głowa mu na to nie pozwala i ląduje w otwartym oknie. Na siedzeniu obok starsza indianka nie wytrzymuje upału i pozostawia cząstkę siebie na siedzeniu drogą ustną. Robi się całkiem przyjemnie. W połączeniu z upałem nasze zmysły powonienia mają wielką ucztę.

Nieubłagalnie zbliża się godzina 18. W autobusie coraz mniej pasażerów. Po koleii wysiadają wszyscy. Zostajemy my, oraz śpiący pijany indianin. To znak, że zbliżamy się do granicy.

Jest! El Florido! Zdążyliśmy! 15 min przed zamknięciem.

Najpierw przechodzimy Gwatemale. Po 10 quetzali od łba i jesteśmy już na pasie neutralnym oddzielającym dwa kraje. Podobnie jak na granicy Meksyku i Gwatemali zastanawia nas zupełny brak mundurowców. Kilka budek i szlaban. Budka Honduras. Zaskakująco płacimy tylko po dolarze. Sympatyczny pan pyta dlaczego paszporty RP są czerwone. Kiedyś były niebieskie. Nasi tu byli!!! Wyjaśniamy, że to nowe i stawiamy stopę na honduraskiej ziemi. Łapiemy lokalną taksówę i lecimy do Copan Ruinas. Kolejne i ostatnie za razem ruiny Majow.

Dojeżdżamy do miasteczka. Sympatyczna mieścina, gdzie szybko znajdujemy lokal. Prysznic i na kolację do miasta. W trakcie prysznica gaśnie światło. Wychodzimy z hotelu. Światło jest tylko w nielicznych budynkach. Wchodzimy do restauracji oświetlonej świecami. Okazuje się, że to codzienność. Państwo na dorobku, wyłączają światło codziennie na kilka godzin. Styrani całodzienną podróżą idziemy spać.

Dzień 15 (niedziela, 11/04/04)

Godz. 7.00 pobudka. Nasz cel: ruiny. Podobnie jak poprzednio opis nie odda tego co pokażą zdjęcia. Cierpliwości.

Godz. 14.30 wsiadamy w autobus zmierzający do stolicy Hondurasu Tegucigalpy. Po drodze obserwujemy prawdziwy Honduras. To co widzieliśmy w Copan było zgoła oddmienne niż reszta kraju. Dużo biednych chat i oszałamiający krajobraz. Fantastyczna droga wykuta w zboczach gór na których płaskich powierzchniach malują farbą reklamy.

Po 8 godzinach podróży z wysokiego wzniesienia wjeżdżamy do rozświetlonego miasta. Z góry wygląda to imponująco. Masa światełek w wielkiej dolinie otoczonej górami. Po wjechaniu do miasta nasze odczucia ulegają gwałtownej zmianie. Miasto momentami przypomina najczarniejsze zakamarki Pragi Północ w Warszawie. Wszędzie rozwalające się brudne kamienice, podejrzane typy kręcące się po ulicach. W takich też okolicznościach przyszło nam wysiąść z autobusu. Pełni obaw i z dreszczykiem emocji wyszliśmy z dworca szukać taksówki. Od razu zaatakowała nas chmara naganiaczy. Wybieramy jednego i jedziemy do hotelu wskazanego przez przewodnik. Okolica coraz bardziej ponura. Czy naprawdę tutaj będziemy spać? Kierowca kluczy między ciasnymi uliczkami nie mogąc znaleźć wlaściwego adresu. Zatrzymujemy się pod latarnią aby sprawdzić w przewodniku kolejne lokalizacje. Otwieram drzwi i wystawiam przewodnik pod światło. Nagle podbiegają dwa ciemne podchmielone typy.

Szybko zamykam drzwi. Próbują coś wytłumaczyć. Robi się nerwowo. Każemy kierowcy odjechać. Kolejna przecznica. Na ulicy dwóch facetów spacerujących ze strzelbami. Naprawdę sympatyczna okolica. W końcu znajdujemy hotel. Wysiadamy. Na przeciwko zataczający się dziadek z maczetą w ręku. Pod drzwiami hotelu dwóch śpiących bezdomnych. Brrrrrr. Szybko do środka. Jest wolny pokój. Nawet z telewizorem. Szybko spać i spadać z tego miasta szatana.

Dzień 16 (poniedziałek, 12/04/04)

Wstajemy o 6.20. Łapiemy taksówkę i szukamy dworca gdzie odjeżdża autobus do Managui – stolicy Nikaraguii. Pierwszy – autobus odjeżdża o 9.00 ale nie ma już wolnych miejsc. Kicha. Nie chcemy tu dłużej zostać. Jedziemy do innego operatora.

Jest 7.40. Autobus odjezdza o 8.00. Też nie ma wlolnych miejsc, ale kilku pasażerów nie pojawiło się. Jeśli nie przyjdą do 8.00 to możemy jechać. Czekamy w napięciu. Mamy farta. Jedziemy.

Po 4h jesteśmy na granicy z Nicaraguą. To samo co na pozostałych. Luzik. Tu jest jescze lepiej, gdyż kierowca autobusu zbiera paszporty i odprawia nas grupowo u urzedników. Przynosi już podstemplowane paszporty. Witaj Nikaraguo!

Po kolejnych 4h jesteśmy w stolicy – Managui. Miasto robi na nas bardzo pozytywne wrażenie. Mimo, że Nicaragua jest biedniejsza niż Honduras, miasto ma klimat. Czyste, poukładane, z ciekawymi osiedlami i ludzie jacyś sympatyczniejsi. Nie mamy niestety czasu, żeby tu zostać. Może z powrotem. Teraz lecimy do Granady. Miasto 1h drogi, najładniejsze w Nikaraguii. Wsiadamy w busa.

Po drodze obserwujemy zajadłą walkę konkurencji przewoźnikow o klienta. Podobne sceny obserwowaliśmy wszędzie – w Wietnamie, Kambodży, Gwatemali. Kluczem do sukcesu jest być pierwszym. Jesli zostaniesz wyprzedzony, twój konkurent będzie zgarniał klientów z drogi. Jesteśmy pierwsi. Za nami większy autobus z gorszym silnikiem. Nasi górą. Po chwili pojawia się jednak dylemat. Klient na drodze. Trzeba podjąć decyzję. Zatrzymać się i wziąć go, narażając się na ryzyko utraty pierwszeństwa, czy olać go i nabrać przewagi w stosunku do konkurenta. Nasi są ambitni. Podejmują wyzwanie. Zatrzymują busa. Autobus za nami widząc okazję przyspiesza. Nasz kierowca nie w kij mu dmuchał, widząc zagrożenie, rusza z impetem nie zważając, że koleś jeszcze nie wsiadł cały do busa. Trzymał się już rękoma ale zostały nogi. Na szczęscie silny był chłopina i zdołał się wciągnać do busa już w trakcie jazdy.

Na chwilę oba autobusy zrównały się ze soba. Wymiana groźnych spojrzeń między kierowcami i nasz posiadacz lepszego silnika wychodzi cały z opresji i utrzymuje prowadzenie. Po chwili kolejne wyzwanie. Wieksza grupa ludzi. Tu już nie ma dylematu. Trzeba ich wziąć. Większa kasa. Autobus za nami mija nas i zajeżdża nam drogę z prawej. Pokaz możliwości klaksonów i wydostajemy się z klinczu. Do końca podróży jest tak samo. Niebywałe emocje za jedyne 5 cordoba.

Granada – piękne kolonialne zalożone przez hiszpanów miasto nad brzegiem wielkiego jeziora. Klasyczy kosciół z kameralnym ryneczkiem. Wyczerpani podróżą jesteśmy w stanie jedynie spenetrować lokalne możliwości kulinarno destylatowe okolicznych restauracji i barów. Robimy to. O północy spać.

Ola,

Było trochę przerwy, ale ostatnie 4 dni non-stop byliśmy w podróży. To były naprawde gorące dni ale o tym potem. Poza tym w Nikaraguii napisaliśmy 4 strony reportażu, po czym zawiesił się komputer i wszystko szlag trafił. Teraz jesteśmy już w Mexico City i mamy parę godzin do samolotu, więc może uda się trochę podgonić z reportażem. Skończyliśmy chyba na ...

Dzień 17 (wtorek, 13/04/04) Granada

Wstajemy godz. 8.30.

Pełna rozpusta jak na warunki naszej podróży, ale wczorajsza eksploracja różnych gatunków Cuba Libre w pełni to usprawiedliwia.

Mamy trochę czasu do południa. Idziemy w miasto.

Bardzo piękne, chociaż jest w nim dużo do zrobienia. Piękny rynek ze starym kościołem i kolonialnymi budynkami - biurami urzędników hiszpańskich. Granada przez jakiś czas pełniła funkcję stolicy Nikaraguii, potem w wyniku rywalizacji z innym ważnym ośrodkiem miejskim - Leon, stolicę utworzono w neutralnym miejscu Managui. Idziemy nad Lago de Nicaragua. Największe jezioro w kraju. Na jego środku leży nasz następny i zarazem ostatni cel podróży. Wyspa Omatepe, powstała w wyniku erupcji dwóch wulkanów, których lawa połączyła je w jeden ląd.

Jezioro ogromne. Woda po horyzont. Fale jak na morzu. Na długości kilku kilometrów wzdłuż brzegu wielki ośrodek wypoczynkowy w socjalistycznym stylu. Stare domki kampingowe, podniszczone bary i restauracje. Ogromny potencjał do zagospodarowania przez duży kapitał. Pewnie za kilka lat będzie to luksusowe miejsce wypoczynkowe dla bogatych zachodnich turystów. Na razie z uroków jeziora korzystają głównie lokalesi, traktując to miejsce jako darmową łaznię, pralnię i strefę wypoczynku.

Pijemy dwa browki i spadamy na autobus, który wzdłuż brzegu jeziora dowiezie nas do promu, którym dopłyniemy do wyspy. Po godzinie jazdy jesteśmy.

Portowe miasteczko tętni życiem. Wielki prom stoi w dokach wyładowany po brzegi samochodami i ludźmi. Widzimy jak kilkoro lokalesów biegnie ile sił w nogach w jego kierunku. To chyba znak, że zaraz odpływa. Nie pozostaje nic innego jak zrobić to samo.

To była słuszna decyzja. Dokładnie w chwili jak postawiliśmy stopę na pokładzie, rozległ się dzwonek i prom powoli odbił od brzegu. Następny wypływał dopiero za 4h, więc bieg się opłacił.

Przybliżając sie do wyspy obserwujemy rosnace w oczach wulkany, szególnie ten jeden, wyższy - Concepcion - to na jego szczycie jutro zamierzamy pomścic ostatnią porażkę z wulkanem San Pedro.Dopływamy.

Wulkan wygląda naprawdę imponująco. Jego łysy idealnie stożkowy stok lśni w zachodzącym słońcu. Przytłacza swoim rozmiarem wszystko co jest na wyspie. Pięknie. Jutro będziesz nasz!!!

Znajdujemy hotel. Karaluchy wielkości dłoni ale to nic. Kosz