REPORTAŻ AMERYKA POŁUDNIOWA

 Hola Amigos, Dwaj gringos znów na szlaku. Mija dopiero druga doba od momentu startu samolotu z warszawskiego Okęcia a już się dzieje. Oj dzieje. Ale po kolei. 

Dzień 1 (sobota, 5/03/05) Wylot z Warszawy o 6.35 rano. O 5.00 trzeba być na lotnisku. Nawet nie kladę się spać. Nie ma sensu. Do 2.00 drukuję materialy z internetu o krajach w których będziemy. Potem kończę whisky, która nie zmieściła się do piersiówki na drogę. 

4.30 Piotrek melduje się u mnie pod domem i jedziemy. Lecimy do Frankfurtu i o 9.30 siedzimy już w Airbusie, który zaleci nas do Ameryki. Lot minął nawet spokojnie. Cała whisky zeszła a mi udało się nawet trochę przespać. Mamy przesiadkę w Caracas w Wenezueli. Następny samolot do naszego portu docelowego Limy w Peru dopiero za 4h. Z informacji jakie udało się mi uzyskać od islandczyka, który siedział w samolocie obok mnie - z lotniska do centrum Caracas jedzie się ok. 1h czyli w to i z powrotem 2h. Trochę długo. Racjonalnie rozumując, trzeba siedzieć na dupie i czekać na samolot, bo wypad do Caracas może zakończyć się przedłużonym w nim pobytem i perspektywą dotarcia do Santiago de Chile - naszego miejsca powrotu - drogą lądową przez Kolumbię. Problem w tym, że my nie myślimy racjonalnie. Z wypiekami na twarzy szukamy Imigracion i ustawiamy się w kolejce. Trochę długa, a każda minuta oddala szansę powrotu na czas. 20 minut potem z pieczątkami Entrada Venezuela szukamy taksówki. Kolesie chyba widząc, że czas nas ciśnie krzyczą ceny z kosmosu - 30$ za godzinę. Spuszczamy ich na drzewo. Chodzimy tyle, aż jakaś kobitka, która chyba przywiozła kogoś na lotnisko, zgadza się zabrać nas za 15$. Jazda przebiega calkiem sprawnie bo już po ok. 0.5h wjeżdżamy na przedmieścia Caracas. Kiedy zbliżamy się do centrum dogadujemy się z senioritą - za kolejne 15$ zawiezie nas z powrotem na lotnisko. 

Wypadamy z samochodu i lecimy na plac centralny z pomnikiem, żeby strzelić parę fotek. Kobitka z nami, robiąc za przewodnika - jak to 30$ potrafi zmotywować człowieka do pracy! Jest dobrze. Zdjęcie z wenezuelską flagą na tle Banco de Venezuela na pewno nie pozostawia wątpliwości, że byliśmy w tym kraju. Krótka runda wokół centrum i z powrotem do samochodu. Nasza pani przewodnik okresliła to jako rapido turistico co nam się bardzo spodobało. 

Droga powrotna nie poszła już tak gładko, bo rozpoczęły się godziny szczytu ale udało się. 30 minut przed odlotem jesteśmy z powrotem na lotnisku. Zczardżowali nas jeszcze na airport i departure tax jakieś 50$ za łeb ale było warto. Nie musimy tu wracać szybko i możemy się zająć innymi krajami. Tak też robimy. Po 3h lotu samolotem pamiętającym czasy Che i stewardesami robiącymi wszystko, żeby nie ułatwić lotu pasażerom lądujemy w stolicy Peru - Limie. 

Bierzemy taxę i jedziemy do hotelu Espania znalezionego w Lonely Planet. Przyjemne zaskoczenie. Za 15$ lokujemy się w bardzo przyjemnej scenerii w hotelu z nieziemskim klimatem. Dookoła rzymskie rzeźby, w gablotach ceramiki z wykopalisk. Do tego recepcjonista godzi się polecieć do nocnego po dwa browary. Jest cool. Pijemy piwko i idziemy spać. Jest godzina 2.00 w nocy czasu lokalnego. To był baaaardzo długi dzień. 

Dzień 2 (niedziela, 6/03/05) Pobudka 8.00. Zwiedzamy wszystkie ważne punkty miasta. Plaza Mayor, San Martin, China Town oraz obstawiony przez kordony policji i wojska pałac prezydencki. Chyba mają jakiś problem z narodem. Władzy nie lubią czy co? Nawet przed kościołem stoją policjanci z tarczami. 

Generalnie miasto robi bardzo pozytywne wrażenie. Chyba najładniejsza stolica jaką widzielismy w amerykach. Szyki obiad i lecimy na dworzec autobusowy. O 16.00 jedziemy do Pisco. Z tamtąd jutro łodzią w ocean na wyspy tzw. peruwiańskie Galapagos ze świniakami morskimi, flamingami i innymi pingwinami. 

Droga z Limy do Pisco bignie tzw. Panamericaną, dwupasmową drogą wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Pd. Mijamy kosmiczne krajobrazy. Po prawej ocean a po lewej sceneria jak po wybuchu nuklearnym. Wysokie góry i pustynie bez jednej nawet roślinki. Wszystko przysypane piachem. Jak to 

jest, że przy oceanie gdzie jest duża wilgotność, nie może nic urosnąć? Taki obraz mamy do końca podróży. Dojeżdżamy do Pisco. Wysiadamy i doznajemy brutalnego zderzenia ze złodziejską rzeczywistością. K....! Jakiś peruwiański ch.. się nie bał i za..... mi podręczny plecak, który leżał nad naszymi głowami. Piotrka zostawił a mój wziął. Straciłem aparat, który kupiłem na photokinie w Koloni i który zjeździł ze mną cały świat. Do tego bilety powrotne na samolot. Chyba będę musiał tu zostać. Nie mam jak wrócić. Znajdę sobie jakąś pracę i jakoś będzie. Najgorsza strata to zdjęcia zrobione w Wenezueli. Kto mi teraz uwierzy, że tam byłem? Nikt. Do tego wylądowaliśmy w obskurnym hotelu przypominającym cele Pol Pota w Phnom Phen w Kambodży. Cóż za zmiana w stosunku do dnia poprzedniego. Przyroda lubi równowagę. Jak jest coś dobrze to na pewno wcześniej czy później musi się sp...... To tyle. W takim stanie kończymy ten dzień. Może uda się go jeszcze uratować. Wokoło jest parę sympatycznych lokali a jest dopiero 22.46. Idziemy. bp 

Dzień 3 (poniedziałek, 7/03/05) 

Hola, hola U Was śniegi a my wjechaliśmy w tereny pustynne i upał daje nam w kość. Dziś posiedzieliśmy trochę na plaży i boleśnie to odczuwam opierając się o twarde krzesło pisząc tego maila. Wstajemy 6.30. Musimy złapać jakiś transport do Paracas skąd popłyniemy na Islas Ballestas na Pacyfiku, nazywane peruwiańskim Galapagos. W recepcji wpadamy na agenta wycieczek, który proponuje nam transport w pakiecie z wypadem łodzią na wyspę za jedyne 80 soli. Ponieważ z zasady nie łykamy żadnych pakietów, prosimy tylko o podwiezienie do Paracas. Na miejscu się rozejrzymy i poszukamy jakiegoś rybaka z łodzią, który zawiezie nas za połowę. W porcie okazuje się, że nie będzie łatwo gdyż nie ma żadnych rybaków a wszystko obstawione jest przez agencje. Idziemy na śniadanie przemyśleć temat. Popłynąć trzeba ale za pełną cenę to jakoś nie przystoi. Nasze rozterki przerywa ten sam agent który nas przywiózł pytając czy się decydujemy bo właśnie odpływają. Żeby osłabić jego pozycję negocjacyjną, udajemy kompletny brak zainteresowania po czym przystępujemy do ofensywy twierdząc, że ewentualnie ok ale mamy przy sobie tylko 50 soli. Jakoś tak wyszło. Niechętnie ale się godzi prosząc żebyśmy nikomu nie mówili ile zapłaciliśmy bo go wrzucą do wody. Płyniemy. Najpierw do zbocza półwyspu na którym widnieje jeden ze słynniejszych inkaskich znaków - wizerunek trójzęba zwany kandelabrem. Rzeczywiście jego rozmiary robią wrażenie. Do dziś nie wiadomo w jaki sposób i po co on powstał. Niektórzy twierdzą, że był to znak informacyjny dla starożytnych żeglarzy, inni, że powstał w wyniku nadmiernego spożywania przez inków dragów sporządzanych na bazie kaktusa i jego właśnie wizerunek przedstawia symbol. Podoba nam się ta druga hipoteza, bo miło jest słyszeć, że jest w ludziach fantazja i na tyle lat odciska piętno na kolejnych cywilizacjach. Robimy tysiąc zdjęć na minutę aparatami, których nam jeszcze nie ukradli i płyniemy dalej. Po 20 min dopływamy do Isla Ballestas zamieszkiwane przez tysiące różnorodnego ptactwa w tym pingwiny Humbolda, flamingi i pelikany. Zatoczka dalej i naszym oczom ukazuje się potężna populacja lwów morskich leniwie wylegujących się na kamieniach. Każdy z nich wydaje jakiś okrzyk co pomnożone przez ileś setek powoduje niewyobrażalny hałas. Każdy samiec ma do dyspozycji swój własny harem składający się z kilkunastu foczek, które okrzykami zabiegają o względy swego pana. Sprytnie pomyślane. Taki samiec foka to ma klawe życie. I po co nam ta cała cywilizacja? Wracamy. Ponieważ upał daje się we znaki siadamy w knajpce przy oceanie i chłodzimy organizmy piwem Cristal. Myślimy nad dalszym planem. Naszym następnym celem jest Nazca. Słynne miejsce z tajemniczymi liniami i wizerunkami zwierząt odciśniętymi na ogromnym obszarze pustyni. Musimy tam dotrzeć na wieczór. Wracamy do Pisco skąd bierzemy autobus do Ica. Miasto w środku pustyni. Od razu to czujemy. Temperatura skoczyła jakieś 5-7 stopni. Jest grubo ponad 30. Jeszcze się do końca nie przestawiliśmy więc pocimy się jak myszy wzbudzając politowanie wśród autochtonów. Mamy dużo czasu. Do następnego autobusu, który zawiezie nas prosto do Nazca mamy jakieś 4h. Zmęczeni upałem mamy tylko jeden pomysł na życie. CERVEZA czyli piwo. Nie można dopuścić do przegrzania 

organizmu. Aż tak nieodpowiedzialni nie jesteśmy. Siadamy w lokalu na rynku, jemy kurę z frytkami i zamawiamy jarra de cerveza czyli litrowy dzban piwa. Spędziliśmy tam jakieś 3 dzbany piwa czasu i to wystarczyło, żeby z tak przygotowanym organizmem wyjść na zewnątrz i dotrzeć do dworca. Do Nazca docieramy o godz. 9 wieczorem, logujemy się w hostelu i wypad w miasto w celu zorganizowania jutrzejszego dnia. Krótki rekonesans i kupujemy za 35$ na twarz bilety na przelot Cesna nad pustynia w celu zobaczenia wszystkich tych cudów z lotu ptaka. W drodze do hostelu miła peruwianka siedząca przed restauran barem proponuje nam wejście do środka. Kusi lokalnym trunkiem Pisco Sour. Nie opieraliśmy się zbyt długo decydując się jednak na Cuba Libre. Po chwili, ta sama peruwianka pyta czy może się przysiąść. Czemu nie , przecież nie będziemy gburamui. Mówi że studiuje w Londynie i jest w domu na wakacjach. Cóż za miła rozmowa. Za chwilę ni stąd ni z owąd pojawia się równie atrakcyjna koleżanka , która siada do naszego stolika. Oo-oo. Coś nam przestaje pasować. Tym bardziej że po chwili dosiada się też macho latynos i murzyn. Wyglada to na zorganizowaną akcję w celu umilenia nam pobytu za drobną opłatę. Odruchowo łapiemy się za pieniądze i obmyślamy plan ewakuacji. Atmosfera przy stoliku bardzo miła. Panienka spisuje z naszego przewodnika adresy wszystkich klubów i barów w Limie. Mija kolejna godzina i mimo naszych wcześniejszych podejrzeń wszystko wskazuje na to, że panienki chciały po prostu pogadać. Wraca nam wiara w ludzkość. Są jeszcze miejsca na ziemi gdzie liczy się bezinteresowna przyjemność kontaktu z drugim człowiekiem. Tak trzymać, brawo peruwianki!!! 

Kończymy o północy. Musimy zachować trzeźwość przed jutrzejszym lotem. Jak się okazało to był bardzo ambitny dzień. Ale o tym w następnym odcinku, bo za chwile mamy autobus do najgłębszego kanionu świata, gdzie będziemy się bratać z kondorami. b&p 

Dzień 4 (wtorek, 8/03/05) 

Czołem ponownie, Tym razem nadajemy z wysokości 3.200 mnmp gdzie już nie jest tak cieplutko ale o tym potem. Teraz wracamy do Nazca gdzie skończyliśmy ostatnio. Pobudka godz. 7.00. Podjeżdża driver i zabiera nas z hotelu i zawozi na lokalne lotnisko z którego 5 osobowe Cesny latają nad pustynią w celu dojrzenia magicznych symboli kultury Nazca. Na obszarze 500 km2 znajduje się niezliczona ilość lini oraz symboli zwierząt i roślin. Ich rozkład nie jest przypadkowy, wszystko ma swoje miejsce i przeznaczenie, linie tworzą układ geometryczny trójkątów składających się na kosmiczny kalendarz. Do dziś nie wiadomo w jaki sposób powstały gdyż są one widoczne tylko z lotu ptaka. Ponieważ powstały w okresie 700 pne - 500 ne to trudno sobie wyobrazić, żeby lud Nazca dysponował latającym sprzętem. Są jednak naukowcy, którzy twierdzą, że Nazcowie byli twórcami balonów latających na ciepłe powietrze. Wtedy mogliby nadzorować prace z powietrza. Tyle teorii. Przygotowujemy się do lotu. Malutka i ciasna Cesna wydająca głośne dźwięki nie wzbudza zaufania zważywszy, że nie należy do najnowszych. W poczekalni zauważamy listę pilotów, oraz liczbę wylatanych przez nich godzin. Najlepszy ma ponad 6.000h. Sprawdzamy dokładnie. Nasz pilot Miguel nie figuruje na tej liście! Podobno wchodzi się na nią po wylataniu min 10h. Ok. Nie wiemy po ilu ale go nie ma. Wsiadamy do samolotu. Pilot sadza Piotrka obok siebie - równowaga mas musi być zachowana, pilot też jest niczego sobie. Ja w drugim rzędzie. Startujemy. Wszystko przebiega bez zarzutu tylko trochę telepie. Doceniamy poradę kelnera z hotelu, żeby nie jeść dużego śniadania. Zaliczamy po koleii wszystkie ważniejsze figury. Najładniejsza z nich to koliber - największy i najwyraźniejszy. Linie rzeczywiście robią wrażenie. Ciągną się po horyzont i tworzą bardzo wyraźne kształty trójkątów. Lądowanie zakończone powodzeniem i po zawodach. Wracamy do miasta po drodze kupujemy bilety na nocny autobus do Arequipue. Wyjazd 21.45. Kupa czasu. Jest dopiero 11.00. Idziemy na śniadanie. Jak zwykle - browar i coś tam. Myślimy co zrobić z resztą czasu pozostałą do autobusu. 

Nie możemy tak bezproduktywnie siedzieć. Przypominamy sobie propozycję agenta o jakimś zjeżdzaniu deską po piasku. Brzmi ciekawie. Krótka narada i decyzja podjęta. Jedziemy. Lecimy szybko do biura i negocjujemy special price. Pakujemy deski do wysłużonej Corolki i wraz z naszym przewodnikiem Raulem, lat 15 peruwiański Mateo Z. (sorry M.). Wyjeżdżamy z miasta i kawałek za nim naszym oczom ukazuje się przerażający obraz. Wielka góra piachu ale nie taka jaka mogłaby usypać wywrotka. Jak się dowiadujemy ma ona 2100 m i jest najwyższą gorą piachu w Am. Pd. - Cerro Blanco. Oj nie tak sobie to wyobrażałem decydując się na ten challenge. Myślałem o jakiejś górce szczęśliwickiej i tyle. Ja, nie mający nigdy deski na nogach, będę debiutował na najwyższej kupie piachu! Nieźle. Już jest chyba za późno na zmianę decyzji. Jedziemy przez oszałamiającą okolicę. Kosmiczny krajobraz. Wielkie góry jakby usypane przez wywrotki, ziemią z wykopanych dołów tylko rozmiarów naszych Tatr. Zatrzymujemy się. Bierzemy dechy i w góre. 3h wspinaczki. Ostatni odcinek najbardziej dramatyczny. Sam piach. Nogi osuwają się pod ciężarem. Najgorsze są większe wzniesienia. Przypomina to wchodzenie po ruchomych schodach tylko pod prąd. Wszedzie piach. I tylko piach. Jesteśmy na szczycie. Patrzymy w dół. Nogi miękną nam w kolanach. Toż tego się nie da zrobić. Ściana piachu pod kątem 60 stopni ponad kilometr w dół. Czarna rozpacz. A raczej żółta. Nasz przewodnik próbóje pokazać nam kilka technik. Zjeżdżanie na nogach, oraz na tylku siedząc na środku deski. Najpierw zakładamy na nogi. Jedziemy w dół. A raczej spadamy. Żadnej kontroli. Liczba upadków przewyższa rozsądne granice. Sprawdzamy drugą technikę. Najpierw smarujemy deski świecami aby zwiększyć poślizg. Siadamy i jazda. Nabieramy zawrotnej prędkości. Każda próba hamowania piętami kończy się potężną torpedą piachu w twarz. Bardzo przyjemne uczucie. Trzeba zamknąć oczy i zaufać Bogu. Co jakiś czas deska zwalnia sama. Znaczy wytarł się wosk. Trzeba posmarować i od nowa. Tak kilka razy. Po 30 min dojeżdżamy do granicy piachu i kamieni. Dalej nie pojedzie. Patrzę na Piotrka. Nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Brakuje mu w ręku bazooki i Rambo gotowy. Czeka nas jeszcze 1.5h zejścia w dół. Po drodze otrzepujemy się z piachu. Wracamy do miasta i pakujemy się do nocnego autobusu do Arequipa. 10h jazdy. Znów zarwana noc. Dzień 5 (środa, 9/03/05) Dojeżdżamy o godz. 6.30 rano. Jak ja lubię te poranki na dworcach. W pośpiechu szukamy jakiejś toalety, żeby chociaż umyć zęby. Miasto leży na wysokości 2300m. Od razu czujemy to na własnej skórze. W krótkich spodenkach i t-shirtach doznajemy niemiłego wrażenia. Siadamy z przewodnikami i ustalamy dalszy plan. Musimy się dostać do najbliższej wiochy z której będziemy mogli zaatakować Kanion Colca. Wybieramy Cobanaconde. Najbliższy autobus 11.45. Mamy więc parę godzin na zwiedzenie miasta. Łapiemy Tico i jedziemy do centrum. Jeśli jeszcze nie wspominałem to w Peru 99% taxówek to Daewoo Tico. Wszystkie odmiany tuningu.Jemy śniadanie i łazimy po mieście. Przyjemna mieścina z wuklanem El Misti (5800 m) w tle. Niestety nie dane nam go podziwiać, bo jest za chmurami. Z powrotem na dworcu. To nasz drugi dom. Wsiadamy do autobusu i jedziemy w 6h podróż. Po godzinie kończy się asfalt i wjeżdżamy na gruntówkę. Czuje to każda część naszego ciała.Były tylko dwie takie drogi w naszych podróżach, które mogłyby jej dorównać. Trasa z Phnom-Phen w Kambodży do Sajgonu w Wietnamie, oraz droga z granicy Mex-Gwatemala do jakiejś mieściny. Niedogodności rekompensuje nam krajobraz jaki rozpościera się za oknem. Jedziemy wzdłuż najgłębszego kanionu świata. Za naszym oknem przepaść i góry o wysokości przekraczającej 6000m. Najwyższy punkt trasy to 4.300m. Odczuwam to bardzo boleśnie. Za każdym razem kiedy wznosimy się na wysokość pow. 3000m, temperatura gwałtownie spadała powodując skraplanie się wody na szybach i zbieranie w rowkach. Na każdym zakręcie strużka wody lądowała na moich kolanach. Zbliżamy się do celu. Im bardziej w głąb kanionu, tym większy folklor. Kolejno dosiadają się coraz bardziej klimatyczni ludzie. Klimatyczny jest również zapach. Coś pomiędzy osłem a kozim serem. Do tego folk peruwiański lecący znad głośnika nad nami. Pełen czad. Pogoda pogarsza się z minuty na minutę. Zaczyna lać deszcz i robi się zimno. Wysiadamy. Wioska leży na 3.300m. Łapię niezłego doła. Dookoła ciemna dziura, z nieba wali desz i jest cholernie zimno. Nie po to jechałem do Peru, żebym miał warunki jak późną jesienią w Warszawie. Zaczepia nas koleś oferujący hotel. Okazuje się, że jest też przewodnikiem, który jutro może nas zabrać do kanionu. Tylko czy w taką pogodę ma to jakikolwiek sens!? Nieeee! Chcę na plażę! albo chociaż na pustynię! 

Żeby załagodzić skutki depresji idziemy na kolację. Bierzemy Alexa (przewodnik) co by ustalić plan na jutro. Alex prowadzi nas do dziwnej knajpy, gdzie jedynym źródłem światła są dwie świeczki stojące na stole. Atmosfera XVI-wiecznej angielskiej knajpy portowej. Zamawiamy dwa kotlety z lamy i piwo. Ustalamy trasę. Alex zapewnia nas, że leje tylko wieczorem a rano i po południu jest słońce. Ufamy mu. Wybieramy 12h trasę extreme do której potrzebna jest aklimatyzacja. My jej nie mamy ale nie szkodzi. Jedyny problem, że trzeba wstać o 5.00 rano. Nie pierwszyzna, damy radę. Idziemy spać bo jutro próba organizmu. Dziś już wiemy, że udana ale o tym w następnym odcinku. b&p 

Dzień 6 (czwartek 10/03/05) Godz. 5.00 rano. Dzwoni budzik w zegarku. Ostrożnie wystawiam rękę spod kołdry. Organizm broni się gwałtownym ruchem wstecz. Temperatura 7-10 stopni. Dzwoni drugi budzik w telefonie Piotrka. Tak, to nie sen. Brutalna rzeczywistość wdziera sie z butami w nasz słodki sen. 5.30 musimy być na dole. Zimna woda w łazience zniechęca do zachowania podstawowych norm higieny. Wychodzimy. Na zewnątrz budzi się życie. Mały chłopczyk bawi się plastikową ciężarówką. O 5.30 rano!? Chory jakiś czy rodzice wrócili z imprezy? Szukamy śniadania. W sklepie na przeciwko hotelu kupujemy dwie bułki i po soku pomarańczowym. Po chwili Alex melduje swoją gotowość. Zwarci i gotowi wyruszamy w naszą długą podróż. Jesteśmy na szlaku. Za chwilę będziemy schodzić w dół kanionu. Rozmawiamy z Alexem o różnych sprawach. Między innymi o polityce. Nie jest zadowolony z obecnego prezydenta Toledo. Nie otrzymał przedwyborczych obietnic. Pytam o poprzednika - Fujimori. Widziałem na murach, że będzie się starał o ponowny wybór w 2006. Alex nie pozostawia złudzeń. Był jeszcze gorszy. Wyprzedał gospodarkę obcemu kapitałowi. Teraz muszą płacić wysokie rachunki za energię, gaz itp. Mijają nas staruszkowie z dwoma osłami objuczonymi owocami. Idą z dołu kanionu do Cobanaconde na targ. Będą wymieniać owoce na inne produkty, których sami nie są w stanie wyprodukować. Barter w najczystszej postaci. Musieli wyruszyć o 3 nad ranem. Uczymy się pozdrawiać przechodzących ludzi w języku quechua -podstawowym miejscowej ludności. Buenas dias mamai y tatai. Tak zwracamy się do napotkanych wieśniaków. Po drodze dowiadujemy się jak przygotować halucynogenny trunek z kaktusa San Pedro, jakich tutaj jest bez liku. Pogoda umiarkowana. Nie pada deszcz, ale wciąż gęste chmury zalegają wyższe partie gór. Alex zapewnia, że za chwilę wyjrzy słońce. Schodzimy dalej w dół. Widoki niebiańskie. Dwa wielkie masywy górskie rozdzielone płynącą w dole rzeką. Rio Colca. Osobom mającym lęk przestrzeni nie polecamy spoglądania w dół. Po 3h jesteśmy przy moście prowadzącym na drugą stronę kanionu. Jeszcze tylko 0.5h i będziemy na sniadaniu w lokalnej osadzie. Na sniadanie zamawiamy banana pancakes i herbatkę. Herbatkę z liści koki. Naleśniki prima sort. Chyba wezmę przepis. Próbuje herbatki. Dobra! Po drugim łyku jakby jakoś jaśniej. Patrzę w niebo. Chmury się rozstępują i wychodzi słońce. Pytam Piotrka, czy widzi to samo. Tak. Ale on nie jest wiarygodny. On też pije herbatkę. Na szczęście Alex potwierdza nasze obserwacje. Nie jest jasne czy uprawa koki jest dozwolona w Peru. Chyba nie ale nikt się tym tu nie przejmuje. Używa się tu jej jako leku przeciw chorobom wysokościowym. Przed wyjściem w góry i w trakcie trzeba żuc kilka listków koki i wszystko gra. Na mieście widziałem T-shirty z napisem, że koka w Peru jest dozwolona. Chyba sobie kupię taką. Kończymy śniadanie i idziemy dalej. Próbuje zrobić zdjęcie Canonem Piotrka. Fuck!!! Padła bateria. Mamy niefarta do aparatów podczas tego wyjazdu. Została nam tylko cyfrówka. Można nią udokumentować co nieco ale fajnych zdjęć nie budiet. Trudno. Tak miało być. A widoki są niebiańskie. Co jakiś czas przechodzimy przez małe wioski, zamieszkane przez góra 100 osób. Podstawowym budulcem ich "domów" jest kamień, glina i siano na dach. Bardzo biednie to wygląda i mocno kontrastuje z otaczającą przyrodą. Idziemy dalej. 

Alex ostrzega nas przed trującym krzakiem jakich będzie pełno na naszej drodze. Po złamaniu gałązki wydziela sie mocno żrące mleczko, które może poparzyć skórę. Po kilku godzinach wędrówki wzdłóż kanionu zaczynamy schodzić w dół. Przy rzece jest oaza gdzie będziemy jedli lunch. Docieramy mocno wyczerpani. W oazie na szczęście jest kamienny basen oraz dwie szwajcarki. Skończyły studia i podróżują po Peru i Ekwadorze. Robią tę samą trasę co my tylko mają na to dwa miesiące. Mogą sobie więc pozwolić na nocleg w oazie. My niestety nie. Jemy lunch w postaci ulubionego kotleta z lamy, pluskamy sie w basenie i koniec wakacji. Czas wracać na szlak. Przed nami 3h wspinaczka w górę po stromym wijącym się szlaku. Po godzinie dochodzimy do karawany osłów transportujących liście palmy nadzorowanych przez sześciu kabajeros w tym jeden na koniu. Co chwilę rozlega się siarczyste "Hurro carracho" co w wolnym przekładzie znaczy "ty ośle pierd....". Zajmuje nam chwilę czasu, zanim wyprzedzamy całą karawanę, gdyż wijąca się ścieżka jest bardzo wąska i trzeba wyczekać chwilę słabości osła i go przeskoczyć. Z każdą minutą opada nam moc. Wspinamy się coraz wyżej a wraz z wysokością zmienia się pogoda. Zaczyna padać deszcz i robi się bardzo zimno. Nakładamy kurtki i idziemy dalej w deszczu. Po chwili przemakają nam buty i wspinaczka robi sie mało przyjemna. Po 3h wyczerpani docieramy na szczyt przełęczy. Psia pogoda przenika nas do szpiku kości. Jeszcze 0.5h marszu do wioski, gdzie jest nasz hotel. Marzymy o kołdrze i ciepłej herbacie. Docieramy cali przemoknięci i zziębnięci. Zamawiamy herbatkę i pakujemy się do łóżek. Za chwilę Alex przynosi całą torebkę liści koki i gorocą wodę. Chętnie wziąłbym tę torebeczkę do Polski ale boję się, że mógłbym przedłużyc sobie wakacje w Peru o jakies 20 lat. Herbatka robi swoje. Dochodzimy do siebie i idziemy na obiadokolację. Zamawiamy kolejną herbatkę tym razem z lokalnym trunkiem Pisco. Po drodze do hotelu kupujemy jeszcze buteleczkę Casillero del Diablo tak na wypadek jakby wróciły dreszcze. Dreszcze nie wróciły, ale skoro była już butelka to trzeba było coś z nią zrobić. Wypjamy i idziemy spać. Jutro znowu wczesne wstawanie. Piątek 11 marca 2005 Godz. 5.00 rano dzwoni budzik. Czy zauważyliście ile dni zaczyna się tym samym zdaniem? Zaczyna mnie to wkurzać. Trzeba coś z tym zrobić. Póki co było wlaśnie tak. Wstaję z łóżka. Nie mogę opanować telepiącego się z zimna ciała. Nakładamy wilgotne i zimne ubrania i wychodzimy w krainę mroku. Jakaś chmura zaplątała się i na dworze mleko. Idziemy na przystanek. Autobus, który miał odjeżdżać o 6.00 do Arequipy nie przyjechał. Może z powodu złych warunków zaplątał się gdzieś po drodze albo spadł w przepaść. Następny autobus innej firmy odjeżdża o 7.00. Mamy czas na śniadanie. Próbujemy coś skombinować kupując od lokalesów wystawiających swoje dobra na ulicy. Nie mogę znaleźć kawy. Jest jakiś koleś który sprzedaje jakiś gorący napar z ziół i dolewa do niego różnokolorowe płyny. Wyboru nie mamy trzeba brać co jest. Nawet dobre. Przypomina trochę herbatę i jest bardzo słodkie. Odjeżdżamy punkt 7.00. Mamy problem czasowy. O 14.25 mamy samolot z Arequipy do Cusco. Przed nami ponad 6h jazdy a nie mamy jeszcze kupionych biletów. Bedzię trudno. Jak nie zdążymy to mamy dzień w plecy. Po drodze zajebiste widoki. Jest dobra widoczność, świeci słońce i możemy zrobić kilka fajnych fotek przez okno. Niestety cyfrówka, bo baterii wciaż nie ma. Na jednym z postojów wpada lokaleska i sprzedaje ciciorino. Nie wiem co to jest ale jestem głodny. Za 2 sola dostaję kukurydzę z wielkimi ziarnami i plastrem sera. Bardzo dobre danko pozwala mi przeżyć do końca podróży. Godz. 13.00 wjeżdżamy na przedmieścia miasta. Siedzimy jak na szpilkach. Z dworca na lotnisko jest kawałek i taxówką zajmie to nam jakieś 20 min. Na dworcu jesteśmy 13.25. Godzina do odlotu. Szybko łapiemy Tico i jazda. Aeroporto rapido por favor!!! Mizerne Tico ledwie zipie. Większość drogi jest pod górę i mam wrażenie, że biegiem byłbym szybciej. Krew nas zalewa i w takim stanie 

docieramy na latnisko o 13.50. Szybko do kas. Jeszcze sprzedają. Wykładamy 120$ i zaczyna się proces. Zacina się drukarka! Tylko czas się nie chce zaciąć! Minuty płyną jedna po drugiej. 10 min zajęła wymiana papieru i 13.10 jesteśmy już po odprawie. Możemy odetchnąć. Coż za precyzja! Just in time! Jeszcze godzina hańby z niemieckimi turystami i będziemy w Cusco. Jest to była stolica Inków z mnóstwem dyskotek i barów. Oprócz tego, co dla nas jest bardziej istotne bardzo interesujące miasto pod względem architektonicznym. Kolonialna zabudowa z mnóstwem kościołów, katedr i placów. Trafiamy na katolicką procesję niosącą oprócz boskich obrazów, flagi w kolorach tęczy co u nas jest symbolem gejów. Takie same flagi wiszą na kościołach i urzędach państwowych. Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Sprawdzimy wieczorem w klubach. Zaliczamy ich kilka i próbujemy lokalne drinki. A było tak: - Cuba Libre - Pisco Sour - Peru Libre - Cuba Belle - Caipiroschka - Black Russian - White Russian - Mochito - Screwdriver - Long Island Ice Tea Może nie wszystkie są lokalne ale smakowały lokalnie. P r z e r w a Nie pytajcie o której dokładnie skończył się ten dzień, bo nie chcemy być aż tak dokładni... cdn. b&p 

Sobota 12 marca 2005 Porażka. Dzwoniące budziki o godzinie 5.45 nie zrobiły na nas najmniejszego wrażenia. Świadomość wróciła ok. godz. 8.00. Wczorajszy wieczór pozostawił trwały ślad na naszych organizmach. Idziemy na śniadanie i szukamy alternatywnej drogi dotarcia do Aqua Caliente - miejsca skąd mamy wyruszyć na podbój Machu Picchu. Temat możliwości dotarcia do Aqua Caliente wymaga odrębnego opisu. Jak wszyscy wiedzą Machu Picchu jest światową ikoną prezentowaną na wszystkich możliwych zdjęciach jako cudo. Cuda muszą kosztować. Po wielu próbach znalezienia taniej opcji dotarcia do tego miejsca dowiadujemy się, że jedyna możliwość to pociąg z Cusco, który za odcinek 130 km trzeba zapłacić 66$ za osobę! Nie mieści nam się to w głowach, gdzie w kraju gdzie transport jest najtańszy na świecie. Wietrzymy w tym podstęp ustawiony pod naszych ulubionych niemieckich turystów i planujemy z tym powalczyć. Patrzymy na mapę. Na drodze do Aqua Caliente jest kilka miejscowości do których można dotrzeć lokalnym transportem. Próbujemy dowiedzieć się, gdzie są dworce skąd odchodzą busy do tych wioch. Jakaś zmowa milczenia. Nikt nie wie. Wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że tylko pociąg może nas zawieść do Machu. W końcu udaje nam się znaleść maly parking, skąd jadą do Urubamby, jakieś 80 km od Machu. Jedziemy za 3 sole czyli 1$, zadowoleni, że 

wykiwaliśmy system! W Urubambie przesiadka na kolejny bus. Do Olleantaytambo za 1 sola! - już tylko 40km do Machu. Już za chwileczkę, już za momencik będziemy triumfować zwycięstwo nad systemem. Podobnie jak my myślą dwaj turyści, których spotykamy w wyżej wymienionej miejscowości: - japończyk Masaja - urugwajczyk Gonzalo Razem tworzymy zajebisty team. Nadajemy na tych samych falach. Wszyscy szukamy dziury w matrixie. Urugwajczyk cały czas kontestuje i neguje ciąg turystów do zwiedzania takich ikon jak Machu. Toż to tylko skały. My myślimy podobnie ale wszyscy robimy to samo. Jedziemy tam. Japończyk, właśnie skończył studia i wykorzystuje ostatnią wolną chwilę. Jak pójdzie do roboty, to będzie miał tylko 5 dni urlopu w roku. Jest trochę jak z kosmosu. Po kilku godzinach znajomości, zorientował sie że Gonzalo jest z Urugwaju i dużo zajęło mu czasu umiejscowienie tego kraju na mapie Świata. Z Polską było łatwiej. Był tam 2 lata temu i nawet mu się podobało. Nasze rewolucyjne charaktery zostają poddane wielkiej próbie. Okazuje się, że droga kończy się w tej miejscowości i dalej jedzie tylko kolej. Co więcej cena biletu jest taka sama jak z Cusco - miejscowości z której od kilku godzin kombinujemy jak dojechać do Machu. Fuck!!! Nie dociera do naszej świadomości, że to jednak oni nas wykiwali! Rozpaczliwie szukamy jakiegoś wyjścia. Może motor taxi? Nie ma drogi. Została kilka lat temu zniszczona. Tylko cholerne tory! Cholerne, zmonopolizowane tory!!! Dociera do nas powoli, że jednak nas przerobili. Chcesz zobaczyc Machu - płać głupi gringo! Nie mamy wyjścia. Albo odwrót, albo bulimy. Być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu? No way! Tak samo pomyślał właściciel pociągu i oto rezultaty. Okazuje się, że jesli chcemy wracać następnego dnia to cena wynosi 66$. Gdybyśmy zostali tam 48h zapłacilibyśmy "tylko" 26$. Niestety czas nas goni. Nie możemy sobie na to pozwolić. Trzęsącą ręką wykładam 132 dolki i popadamy w depresję. Trzeba sie napić. Lokalna knajpa i dużo drinków. Z naszym teamem uzdrawiamy świat. Analizujemy sytuację w Iraku i pozycję USA we świecie. Czas mija szybko. Dochodzi 8pm. Idziemy na dworzec na najdroższy pociag w naszym życiu. Na bramce strzeżonej jak największy bank świata kolejny szok! Nie chcą nas 2 wpuścić. Wołamy Gonzo, który włada hiszpańskim. Okazuje się, że bilety wystawione są na jutro rano!!! Głupia c. w kasie pomyliła się! Wracamy do kasy. Do odjazdu 15 min. Gonzo próbuje tłumaczyć całą historię. Z nami kupował bilety i słyszał o co prosiliśmy. Facet nie wydaje się być przekonany i próbuje nas zbyć. Nasze pełne agresji miny oraz okrzyki w niezrozumiałym dla niego języku zmieniają jego zdanie. Siada do komputera i przebookowuje bilety. Miłe zaskoczenie. Okazuje się, że należy nam się zwrot kasy. Dostajemy 21$ na łeb. Wsiadamy do pociągu i ruszamy. Cena niestety nie uzasadnia jakości podróży. Wolny, smierdzący spalinami i trzęsący się na boki pociąg dowozi nas po 2 godzinach do Aqua Caliente. Znajdujemy kwaterę. Lądujemy z Gonzalo w 3, japon w jedynce. Zrzucamy klamoty i idziemy w miasto. Kończymy w lokalnej dyskotece z potomkami Inków w roli glownej oraz licealistkami z Cusco. Bylo fajnie. Pierwszy raz widziałem japończyka tańczącego na stole... Jutro na Machu. Blisko Bogów. Trzeba będzie przemyśleć parę spraw. B&P 

Niedziela 13 marca 2005 Mamy nadzieję, że ta data nie będzie pechowa. Choć od samego początku, wszystko na to wskazywało. 

Wstajemy po 3h snu, czyli o 6.00. O 7.00 jedzie pierwszy autobus pod Machu. Spoglądamy w okno i już pierwszy cios. Pogoda wprost wymarzona do zwiedzania ruin. Deszcz leje jak z cebra a mgła ogranicza widoczność do kilku metrów. Wymieniamy między sobą przekleństwa, każdy w swoim języku. Zainwestowaliśmy już w tę atrakcję kilkadziesiąt dolców, więc nie można się wycofać. Schodzimy do autobusu. Tu kolejna niespodzianka. Kilkukilometrowy odcinek kosztuje 12$ od osoby. Można pójść piechotą ale w taką pogodę nikt nie ma na to ochoty. To już prawie 60$ od osoby za samo tylko dojechanie do tej cholernej góry! Po takim początku opłata za wejście na teren ruin w wysokości 20$ nie robi na nas rzadnego wrażenia. Tak więc za 80$ wspinamy się pod górę i po około 20 min. co widzimy? NIC. Gęsta mgła, padający deszcz nie pozwala dojrzeć najmniejszego szczególu ruin. Wściekli, zrezygnowani, zrozpaczeni, przygnębieni patrzymy z litością po sobie. Oto fantasztyczny Dream Team składający się z przedstawicieli 3 kontynentów, próbujący wykiwać peruwianów i zobaczyć ikonę ich kraju za normalne pieniądze, został położony do parteru. Za chorendalne pieniądze dane mu było zobaczyć mgłę! Taka sama jak w Warszawie, Tokio czy Montevideo. Ponieważ jest dopiero 8 rano a powrotny pociąg mamy dopiero o 4pm postanawiamy wziąć pogodę na przeczekanie. Siadamy na murze i zaciskamy zęby. Mija godzina a pogoda bez zmian. Po następnej przestaje padać deszcz ale mgła wciąż gęsta. Mimo to rozbłyska w nas promyk nadziei. Będzie dobrze, będzie dobrze. Przecież mieliśmy rozmawiać z Bogami. Nie mogą nam tego zrobić. Zaczyna się jakby przejaśniać. Przez chwilę udaje mi się dostrzec znajomy ze zdjęc widok. Jest. Szybko robimy zdjęcia. To może potrwać tylko chwilę. Ku naszej radości mgła robi się coraz rzadsza. Nasza cierpliwość została nagrodzona! Po kolejnej godzinie widać już cały kompleks ruin, oraz dwie spiczaste góry za nimi. Nie dowiary! Wychodzi słońce! Wykorzystujemy to na maksa i robimy masę zdjęć. To naprawdę jest piękne. Przestaję żałować wydanych pieniędzy. Naprawdę było warto to zobaczyć. Po ruinach Angkor Watt w Kambodży jest to kolejne fantastyczne przeżycie. Na trawie pasą sie lamy idealnie wkomponywując się w krajobraz ruin i otaczających ich gór. Po przejściu całego kompleksu wspinamy się na małą górkę z której wszystko widać jak na dłoni. Siadamy na wystającej skale. Pod nami kilometrowa przepaść. Świeci słońce a my kontemplujemy. Bogowie słuchaja... Wracamy do miasteczka i wsiadamy w pociąg do Cusco. Dojeżdżamy na 21.00. Z dworca, taxówką na drugi dworzec. Tam bierzemy nocny autobus i o 22.30 ruszamy do Puno - głównego portu nad jeziorem Titicaca. 

Ola, Zafundowaliśmy sobie wczoraj niezłą dawkę adrenaliny w Boliwii. Totalny extreme! Jeszcze dzisiaj trzęsą mi się ręce. Ale o tym w swoim czasie. Mamy parę dni zaległości, więc do rzeczy. Poniedziałek 14 marca 2005 Godz. 5.30 wysiadamy na dworcu w Puno. Portowe miasteczko jeziora Titicaca. Najwyżej położonego jeziora żeglugowego Świata - 3600m. Czuć tę wysokość w postaci niskiej temperatury. Miasto śpi. Bierzemy motorbika i jedziemy do pierwszego hotelu z przewodnika. Noc w autobusie odcisnęła się na naszej kondycji i musimy parę godzin się kimnąć. Logujemy się w hotelu Margerita i nastawiamy budziki na 8.00 rano. Niezły wypas, gdyby nie fakt, że kładziemy się o 6.00. Wstajemy i lecimy nad jezioro. Tam łapiemy łódkę i płyniemy na floating islands. Ciekawe zjawisko ludzko-przyrodnicze. Są tam wyspy zamieszkałe przez Indian Uros, stworzone przez nich samych. W czasach kiedy hiszpańscy 

konkwistadorzy wyzynali Inków, oni postanowili się odizolować i zaczęli tworzyć pływające wyspy na których mieszkali. Początkowo były to słomiane łodzie połączone ze sobą a z biegiem czasu, kiedy dolne warstwy łodzi zaczynały gnić, dokładali kolejną warstwę trzciny na wierzchu, tworząc jednolitą płaszczyznę. Dzisiaj wysepki są całkiem bycze a ich grubość wynosi ok. 1m. Indianie żyją z rybołóstwa, oraz w coraz większym stopniu z takich kolesi jak my. Podpływamy do jednej z nich. Podbiega śniady koleś aby przycumować łódkę. Wskakujemy na słomiany ląd. Bardzo przyjemne uczucie. Grunt dość stabilny oraz cieplutka słoma same proszą aby się położyć. Robimy to ignorując nawołujące straganiarki handlujące strasznym badziewiem. Kilka fotek i płyniemy na kolejną wyspę. Tu dzieje się juz więcej. W słomianych chatkach toczy się normalne życie. Kobitka patroszy ryby i układa je na słońcu celem wysuszenia, gdzie indziej powstają rękodzieła, które potem lądują na straganach. Pełna sielanka w skompanej słońcem wysepce. Obdarowujemy biegające dzieci chrupkami kupionymi na łodzi i robimy sobie zdjęcia. Ostatnia i najfajniejsza wyspa jaką odwiedziliśmy była zamieszkana przez ok. 40 osób. Na jej środku ustawiona była wieża obserwacyjna a tuż koło niej warsztat w którym indiańskie chłopaki robili łodzie ze słomy. Przysiadamy na kamieniu i obserwujemy technikę produkcji. Najpierw ogromną ilość źdźbeł trawy związuje się ze sobą sznurami. Potem polewa wodą i dociska wiązania. Proces ten trwa pewnie kilka dni gdyż konstrukcja jest bardzo masywna i szczelna. Do tego dorabia się tą samą techniką burty boczne i łódź gotowa. Cała ze słomy. Piękno tkwi w prostocie. Podoba nam sie tu. Życie płynie bardzo spokojnie i systematycznie. Pewnie dzięki turystom mają zapewniony byt i mogą sobie siedzieć i budować łodzie bez żadnego stresu, że rodziny nie bedą miały co jeść. Wracamy do miasta. Jutro kończymy Peru i jedziemy do Boliwii. Kupujemy bilety do La Paz pijemy parę drinków i spać. To był bardzo spokojny dzień. Wtorek 15 marca 2005 O 7.00 podjeżdża pod hotel minibus i zawozi do autobusu, którym ruszamy do La Paz. Droga prowadzi wzdłóż jeziora Titicaca, dlatego podróż mija całkiem przyjemnie. Dojeżdżamy do granicy. Przekraczanie granic w tych rejonach Świata zawsze należy do przyjemności z dreszczykiem. Nigdy nie wiadomo na co się trafi. Z takim też uczuciem wysiadamy z autobusu i odprawiamy się po stronie peruwiańskiej. Zaskakuje nas fakt, że nikt nie chce od nas rzadnych pieniędzy. Żadnego departure tax. Wszędzie płaciliśmy min. 15$. Miło z ich strony. Widocznie skumali, że na turystów lepiej skubać w kraju jak np. za Machu Picchu a wypuszczać ich zadowolonych. Idziemy neutralnym pasem i docieramy do odprawy boliwijskiej. Tu też, rzadnych problemów. 2 minuty i bienvenido Bolivia. Czuję lekki niedosyt. Wszystko tak gładko i bez stresu? Trzeba było jechać do Kolumbii. Tam na pewno by sie działo. Jedziemy jeszcze pół godziny autobusem i dojeżdżamy do Copacabana - turystycznej miejscowości wypoczynkowej dla lokalnych i turystów. Mamy dwie godziny przerwy.Boliwia - jeden z biedniejszych krajów Am. Pd. Widać to po zabudowaniach. Podstawowym budulcem jest kiepskiej jakości cegła wyrabiana metodą chałupniczą. Domki wyglądają przygnębiająco. Są małe, nie otynkowane nie mówiąc już o malowaniu. W miasteczku mamy pierwsze przykre doświadczenie z tym krajem. Zamawiamy piwo La Paz Pilsner. Okrutne ścierwo. Nie zapomnę tego smaku do końca życia. Jedziemy dalej. W autobusie spotykamy grupę podejrzanie mówiącą po polsku. Wyglądali na księży a ich przwodnik - wycyckany laluś, mówił po polsku z dziwnym akcentem. Nie nawiązujemy głębszych relacji. Wjeżdżamy do La Paz - najwyżej położonej stolicy na Świecie. Ok. 4.000 m. 

Czesc ludzi wysiada na najwyzej polozonym lotnisku El Alto. Potem zjezdzamy w dol do miasta. Przepiekny widok. Przypomina troche Mexico City tylko w niejszej skali, ale tu gory wieksze. Nad nim goroja osniezone 6-cio tysieczniki. Cudo! Wysiadamy i jak zwykle hotel. Potem, krotki wypad w miasto. Musimy sobie zorganizowac jutrzejszy dzien. Miasto robi na nas pozytywne wrazenie. Zamieszkale przez 1.5 mln mieszkancow, stwarza wrazenie kameralnego. Ciasne uliczki, ktore tetnia zyciem i sa przyjazne dla obcych. Bardzo strome podejscia powoduja, ze spacer po miescie jest calkiem meczacy. Decydujemy o jutrzejszym dniu. Ostatnie dwa byly dosc mizerne. Musimy podniesc troche poziom adrenaliny bo bedzie kicha. Szukamy czegos extra. Jest kilka opcji. Wspinaczka na 6-scio tysieczny szczyt, trekking w Cordillierra Real. Jest jednak cos co bije na glowe to wszyskie. Bierzemy to cos. Downhill Biking!!! Kilka ofiar smiertelnych rocznie. Zjazd na zlamanie karku z 4.400 m do poziomu 1.200m. Ponad 3km w dol, 66km trasy. W tym 44km MDRW, czyli Camina del Muerto, Most Dangerous Road in the World. 25 samochodow spada do przepasci rocznie. To powinno zapewnic odpowiednia dostawe adrenaliny. Negocjujemy stawke, zbijajac do 36$ za osobe i umawiamy sie na 7.00 rano. Idziemy spac, choc zasnac bedzie trudno... B&P 

Sroda 16 marca 2005 Wstajemy 6 rano. Cali podekscytowani. Ja lekko przerazony. Nie wiem czy nie zbyt pochopnie zdecydowalem sie na te przygode. Ostatnie ekscesy gorsko-dyskotekowe powaznie nadwyrezyly moje nogi. Ledwo chodze. Lewe kolano i prawa kostka sa mocno wyeksploatowane. Boje sie, ze siade na rower i po paru minutach bede musial odpuscic. Wtedy kasa wyrzucona w bloto. Ale nic. Nie wolno sie poddawac. Obwiazuje oba slabe ogniwa bandazem elastycznym i idziemy pod agencje. Jeszcze zamknieta. Na schodach siedzi mlody angol 19 lat. Bedzie w naszej druzynie. Od 9 miesiecy podrozuje po Am. Pd. Kolejny przyklad ile nam jeszcze brakuje do cywilizowanego swiata. W jego wieku szczytem naszych mozliwosci byla wycieczka do Czechoslowacji badz wypad w Bieszczady. Do naszej ekipy dolaczaja kolejne tego typu przyklady. Grupa z Izraela. Dwudziestoparolatkowie. Dwie laski z facetem. Facet po 7 letniej sluzbie w armii odlozyl troche szmalu i jezdzi po swiecie. Laski z nim. Pracuja rok w Kibucu a potem w swiat. Jezdza juz tak od roku. Australia, Azja, teraz Am. Pd. Nie ma sprawiedliwosci na tym swiecie. Po chwili dolacza jeszcze francuzka. Dziennikarka pism motoryzacyjnych, ktora wziela sobie 2 miesiace urlopu. Rowno o 7.00 otwieraja agencje i zapraszaja na sniadanie. Klasyka. Kawa, bulki, dzem. Jemy i wymieniamy sie informacjami z miejsc w ktorych bylismy. Bardzo pozytecznie spedzony czas. Pozwala to na bardziej racjonalne zaplanowanie dalszej czesci podrozy. Na koniec sniadania dolacza jeszcze nowo-zelandczyk. Potem jeszcze niemiec. Druzyna w komplecie. Siadamy do busa. Na dachu 10 rowerow. Wyjezdzamy z La Paz. Miasto wyglada bajecznie w promieniach wschodzacego slonca. Kilka wysokich budynkow w centralnej czesci miasta, oraz rozsiane jak mak gliniane hacjendy oblegajece po sam szczyt kotline w jakiej lezy miasto. W tle potezna gora Huaya Potosi o wysokosci 6.200m z osniezonym szczytem dumnie spoglada na miasto. Jedziemy w kierunku pasma gorskiego Cordilliera Real - ponad 500 szczytow pow. 6.000 m. Wywioza 

nas na wysokosc 4.440 m skad rozpocznie sie nasz karkolomny zjazd w dol - do poziomu 1.100 m. Dojezdzamy po ok. 40 min. Krajobraz wysokogorski. Male jeziorko i osniezone szczyty gor. Temperarura lekko chlodnawa. Ubieramy kurtki ortalionowe z numerami. Do tego kask i rekawiczki. Instruktorzy dobieraja rowery do naszej postury. Dostalem 19.5 cala. Solidna maszyna. Hamulce tarczowe na obu kolach, plus przednie amortyzatory. Szybki kurs obslugi hamulcow, oraz odczytywania znakow instruktora i formujemy szereg. Pierwszy etap zjazdu bedzie wynosil 22km zjazdu asfaltem z czego 8 km pod gore. To moze byc duze wyzwanie dla moich kolan. Trzech instruktorow rowno rozmieszczonych na calej dlugosci peletonu. Na poczatku po srodku i na koncu. Wszyscy z krotkofalowkami. Czekamy na znak. Ostatnie sprawdzanie hamulcow i jest. Podniesiona reka czolowego instruktora i okrzyk ´¨VAMOS, ADELANTE!!!´ W ciagu kilku sekund rowery nabraly niesamowitej predkosci. Jak pozniej powiedzial instruktor, moglo byc nawet 80km/h. Cholernie zimny wiatr usztywnil nasze twarze niczym maski. Kladziemy sie na kierownicy, zeby zmniejszyc opor i zwiekszyc predkosc. Kreta droga wymusza gwaltowne hamowanie i balansowanie cialem jak na wyscigach motorow. Prawie szuramy lokciem o asfalt. Juz po paru minutach formuja sie dwie grupy. Pierwsza, bez zahamowan, rzadko uzywajaca hamulcow i druga - asekuracyjna. Dystans pomiedzy jedna i drugo powiekszal sie z kazda minuta. My przez przypadek znalezlismy sie w tej pierwszej. Instruktor, my, niemiec i new zeland. Swiatowa czolowka kolarstwa jak w Tour de France. Wydzielajaca sie adrenalina nie pozwala mi sprawdzic czy bola kolana. Jest bosko! Predkosc jest piekna. Katem oka widzimy zlewajacy sie krajobraz wysokich gor. Najbardziej fascynujace jest mijanie ciezarowek wolno z zacisnietymi hamulcami zsuwajacymi sie w dol. Szybki doskok do plandeki, gwaltowne hamowanie, ocena sytuacji, czy nadjezdzajacy z naprzeciwka pojazd jest w stanie nam zagrozic i speed. Przyspieszenia sa tu niewyobrazalne. Kat nachylenia jezdni to ok. 40 stopni. Z kazdym kilometrem podnosi sie temperatura i slonce przypieka coraz bardziej. Jazda w ortalionkach robi sie coraz trudniejsza. Ale nie mozna inaczej. Sa one konieczne jako nasz identyfikator i ochrona. Koniec pierwszego etapu. Najszybszego ale i najlatwiejszego. Czekamy na poboczu na druga grupe i woz techniczny, ktory caly czas podaza za nami z prowiantem i klamotami. Robimy kilka fotek. Dojezdza drugi peleton. Miny maja nie wyrazne. Widac w Izraelu kolarstwo nie jest zbyt popularne. Zjezdzamy z asfaltu na droge gorska. Teraz podjazd w gore. Zmieniamy przelozenia z 3/8 na 1/3. Ciagle jestesmy na wysokosci pow. 3.000 m. Czy jechaliscie kiedy rowerem pod gore na tej wysokosci. Jesli nie to nie polecamy. Rozrzedzone powietrze zwielokratnia wysilek jaki musi byc wlozony w pokonanie kazdego metra. Serce wali jak szalone. Usta nie nadazaja z lapaniem oddechu. Brakuje powietrza i pojawiaja sie mroczki. Jeszcze chwila i odpuszcze. nie damy rady. Niemiec wysuwa sie na czolo. To motywuje nas do wydobycia ostatnich pokladow sil z organizmu. Nie bedzie niemiec plul nam w twarz! Chociaz fajny z niego chlop. Widac juz premie gorska 8 km etapu, gdzie czeka posilek regeneracyjny. Atakujemy ostatni podjazd. Niestety niemca juz nie dalo sie dojsc ale i tak pozycja 2 i 3 jest zaszczytna. Spadamy z rowerow i dochodzimy do siebie. Czekamy ok. 20 min na reszte grupy. Przed nami ostatni najbardziej szalony etap. 42 km w dol droga smierci. W pelnym napieciu spogladamy w dol. Widac wijaca sie cienka drozke przyklejona do zbocza wielkiej gory. Strasznie pokrecona, zakrety 360 stopni nie naleza do rzadkosci. Powierzchnia to piach, bloto, ziemia i wielkie kamienie. Krawedz drogi niczym nie zabezpieczona. Osuwajaca sie ziemia a pod nia przepasc pionowa 3km w dol. Ciarki przechodza po plecach. 

Ruszamy. Przewodnik powtarza dziesiaty raz ¨peligro´´ czyli wolno. Zaciskamy hamulce i powoli suniemy na przod. Przed nami odskakuje pilot, ktory krotkofalowka komunikuje sie z naszym instruktorem i informowal o nadjezdzajacych pojazdach. Waska droga uniemozliwia wymijanie. Trzeba przeczekac na wysepkach rozsianych co pare km. Z kazdym kilometrem nabieramy smialosci i luzujemy hamulce. Przewodnik tez chyba nam zaufal bo zaczyna gnac do przodu jakby jechal z profesjonalistami. Czasami smierc zaglada nam w oczy. Przy tej predkosci, kazdy blad moze zakonczyc sie fantastyczny lotem nurkowym w dol przepasci. Wystarczy, ze pomylisz hamulec przedni z tylnym. Dojezdzajac do zakretu trzeba gwaltownie hamowac, zeby sie w nim zmiescic. Zacisniecie przedniego hamulca w takim momencie skonczyloby sie koziolkiem w przepasc. Przed kazdy powtarzam sobie w myslach ¨prawy chlopie, tylko prawy`Na prostej tez nie jest latwo. Co raz pojawiajac sie kamienie wymuszaja gwaltowny zwrot a to na tej szerokosci drogi tez moze skonczyc sie roznie. Co chwila na glowe leje sie strumien wody. To gorskie strumyki, formujace wodospady. Poniewaz rowery nie maja blotnikow, bloto z kola jadacego z przodu laduje na naszych twarzach. Przed nami kolejne wyzwanie. Jadace trzy ciezarowki w dol. Blokuja calo szerokosc i wydzielaja tony kurzu, powodujac, ze nie da sie oddychac i nic nie widac. Spogladamy po sobie i podejmujemy wyzwanie. Musimy je minac. Przez chwile czaimy sie za nimi i czekamy na wlasciwy moment. Musi byc prosto i chociaz troche szerzej, zeby sie zmiescic. Przecieramy okulary i jazda. Jedna pokonana. Jeszcze dwie. Zajmuje nam to chwile ale w koncu wszystkie trzy zostaja za naszymi plecami. Od naszego peletonu odpadl new zeland. Nie wytrzymal chlopina. Doloczyl natomiast angol. Nie wie co robi biedaczysko. Co chwila przewodnik z wielka radoscia wskazuje poustawiane nad przepasciami krzyze. Tu nie wyhamowala francuzka a tam zydek pomylil hamulce. Specyficzne poczucie humoru ma ten nasz Manolo. W polowie drogi przerwa na lunch. Zatrzymujamy sie na wysepce, dostajemy kanapki i czekamy na reszte. Jakies pol godz. Jedziemy dalej. Ostatnie etap. Na dole czeka basen, obiad i jak zapewnia Manolo, chicas con bikini. Nie trzeba nas dalej przekonywac. Zregenerowani mkniemy w dol. Zaczynaja odzywac sie rece. Po paru godzinach zaciskania hamulcow i utrzymywania rozedrganej kierownicy wyja z bolu. Hamulce tez piszcza z przegrzania. Do naszego peletonu probuje dolaczyc izraelski soldier. NIestety. Na zakrecie zalicza glebe. To zmienia jego plany. Zostaje z drugim peletonem. Nasza czolowka jest nie zagrozona. Nabieramy rutyny i suniemy z coraz wieksza wprawa. Po drodze wymijamy grupy downhillowcow, ktorzy wyruszyli przed nami. To podnosi nasze morale. Mijajac kazda z tych grup, Manolo zwycieskim okrzykiem gnebil pokonanych. Koncowka byla naprawde trudno. Zjechalismy do poziomu ok. 1.500m i temperatura skoczyla pow. 30 stopni. Pod naszymi ortalionami bylo troche cieplej. Boliwijska junga daje w kosc. Co chwila przejazd przez strumyk. Za mala predkosc i hamowanie nogami w wodzie po kolana. Na twarzy zaschnieta maska z blota i piachu. Chwila pod gore i jestesmy u celu. Coroico - tak nazywala sie wiocha. Jestesmy pierwsi. Po chwili dolacza niemiec i angol. Patrzymy im dumnie w oczy. Czekamy na reszte. Zajelo to chwile. Po godzinie dojezdzaja wycienczeni izraelici i francuzka z new zelandem. Pakujemy sie do busa i jedziemy do ukrytego w dzungli hotelu. Tam zasluzona nagroda. Prysznic, basen, obiad i piwo. Po wypoczynku ostatni etap. Wracamy do La Paz. Ta sama drogo, ktora jechalismy rowerami w dol, teraz pod gore w busie. Nie wiem, co bylo prostsze. Teraz musimy zaufac boliwijskiemu kierowcy, ktory pokonuje te trase codziennie i robi to przerazajaca. Z duza predkoscia wchodzi w zakrety tak, ze przez okno widze 3 km przestrzeni w dol. To bylo rownie ekscytujace jak na rowerze. 4.5h i jestesmy w La Paz. Przezylismy. To bylo naprawde dobre!!! Idziemy wyczerpani spac. 

b&p 

Czwartek 17 marca 2005 Wstajemy dosyc pozno jak na nasze realia. Godz. 8.00. Pobiezne ogledziny stanu nog. Wszystko boli ale na swoim miejscu. Szpitala nie bedzie. Adrenalina zrobila swoje. Calkowite znieczulenie. Zadanie na dzisiaj - dotrzec do Uyiuni - miejsca skad rozpoczniemy nasza wyprawe na najwieksza na Swiecie pustynie solna. Sprawdzamy na dworcu. Autobus odchodzi o 15.30. Mamy chwile na exploracje miasta. Zalatwiamy sprawy. Wyciagamy kase z Western Union. Powinno starczyc. Zwazywszy, ze z tego co wzielismy z Polski mamy jeszcze nadwyzke. Oszczedne z nas chlopaki. Idziemy na turystyczno-handlowa ulice. Kupujemy kilka suwenirow. Ceny naprawde przyjazne. Za dolara chca mi wcisnac soldny sweter z welny alpaki. Kupilbym ale nie ma miejsca. Jak bysmy wracali z La PAz to za 100$ nakupilibysmy towaru, ze kontener bylby malo. A tak hustka! W Chile podobno drozyzna, wiec prezentow nie budiet! Sorry! Lecimy na slynny targ czarownic. Sprzedaja tu rozne badziewia majace pomoc w zyciu. Zasuszone plody lamy, skorki kotow, wypchane szczury, naprawde bajeczny widok. Do tego rozne mieszaniny ziol i innych specyfikow na wszelakie problemy ludzkosci. Poniewaz my nie mamy zadnych, poprzestajemy na kilku fotkach zasuszonych lam. Jedziemy za miasto, gdzie ze wzgorza robimy zdjecia przepieknej panoramy miasta. Siadamy w autobus. Przed nami cala noc jazdy. Autobus odbiega od standardow peruwianskich. Jada z nami japonce. Wszyscy jak jeden maz robia sobie zdjecie z autobusem. Flashe blyskaja jak w Holywood. W Japonii nie maja takich nawet w muzeum techniki. Po drodze w Oruro zmieniamy autobus. Siadamy na miejscach wskazanych na bilecie. Po chwili przychodza japonce i twierdza, ze to ich miejsca. O nie. Mamy dowod w postaci biletu i nie ruszamy sie z miejsca. Krotkie zamieszanie i kierownik dworca znajduje jakies rozwiazanie. My zostajemy na naszych miejscach. Piatek 18 marca 2005 Do Uyiuni dojezdzamy ok. 5.30 rano. Lekko pizdzi. Bez namyslu ladujemy sie w taxowke i jedziemy do pierwszego lepszego hotelu w miescie. Trzeba kimnac pare godzin i organizowac dzien. Wstajemy o 8.00. Piotrek leci organizowac wyjazd jeepami na pustynie solna. To bedzie cos. Trzy dniowa wycieczka. Zerwanie lacznosci z cywilizacja. Najwieksza pustynia solna na Swiecie. Druga to w Utah a trzecia Atacama na ktora jedziemy potem. Wraca. Mamy wycieczke o 10.30 start spod hotelu. 60$ za trzy dni. Niezle. Okazuje sie, ze jedziemy z sasiadkami obok. Dwie angielki z Londynu. Chyba je znam. Dzis o 6.00 rano wlazlem przez pomylke do ich pokoju. Jeszcze spaly i byly bardzo zdziwione. Dobry poczatek. O 10.30 siadamy na chodniku przed hotelem razem z angielkami i czekamy na jeepa. Czas mija powoli. Zar leje sie z nieba. Poznajemy angielki. Dwie ksiezniczki z dobrych domow. Jedna pochodzenia arabskiego - nazwalismy ja ARabianka, a druga hinduskiego - Anuszka. Fajne dziewczyny, tylko za duzo gadaja. Londynska paplanina. O 11.00 podjezdza biala TOYOTA Land Cruiser, rocznik 1986. Solidna maszyna. W srodku kierowca i dwa niemieckie pasztety. Musi byc jakas rownowaga w przyrodzie i w Europie. Tak wiec my - dwa polaczki, angielskie ksiezniczki i dwie niemki. Oto nasza druzyna na kolejne trzy dni. Ruszamy. Po 15 min jazdy angielki wyciagaja plastikowy worek z liscmi koki i lachija. Twierdza, ze jak sie wyzuje tego odpowiednia ilosc to jest fajnie. Trenuja to juz od Brazyli i jest dobrze. Lubimy eksperymenty i probojemy. Bierzemy garsc lisci i kulke lachiji. Zujemy wolno, tak aby lachija zwiazala 

sie z coca. Po chwili odczuwam lekkie odretwienie szczeki. Tak jak u dentysty po miejscowym znieczuleniu. Nie ma wiekszego przelozenia na psyche ale jest jakos luzniej. Powtarzamy operacje kilkukrotnie. Jedziemy dalej. Pierwsza atrakcja to cmentarzysko starych pociagow na pustyni. Niektore egzemplarze pamietaja czasy Johna Weyna czy Butcha Cassidy and Sundace Kida, ktorzy zgineli gdzies tu w okolicy. Calkiem fajne krajobrazy. Potem ruszamy po prawdziwa przygode. Pustynia. Oddalamy sie od jakiejkolwiek cywilizacji. Jedziemy bite dwie godziny. Dojezdzamy. Przed nami surrealistyczny krajobraz. Blekintne niebo, slonce w pelni a przed nami po horyzont biala tafla niczym na polnocnym biegunie. Tu zaczyna sie pustynia solna. Jest przykryta 20 cm warsywa wody. Powoduje to niesamowite zludzenie. Horyzont zlewa sie z niebem!!! Czujemy sie jak w raju. Nie ma granicy pomiedzy ladem a niebem. Robimy kilka fantastycznych zdjec. W odleglosci kilkudziesieciu metrow od brzegu pracuja ludzie. Kopia sol i laduja na ciezarowki. Tworza sie fantastyczne stozki soli, dodajac smaczku krajobrazowi. Niesamowite kontrasty kolorow. Blekitne, wrecz turkusowe niebo, biala tafla pustyni i cholernie wyraziste postaci i pojazdy znajdujace sie na pustyni. Jedziemy dalej. Nasz jeep wchodzi w powierzchnie wody niczym lodz motorowa powodujac wielkie fale. Mkniemy po solnej powierzchnie nie zdajac sobie sprawy z zagrozenia. Po chwili zaniepokojenie kierowcy, wytraca nas z blogiego nastroju. Stajemy na srodku pustyni. Kierowca wychodzi. Drapie sie w glowe i saczy siarczyste `carracho¨. Zlapalismy gume!!! Nie moglo byc lepiej. Zciagamy buty, podwijamy nogawki spodni i hop do wody. Aj, aj, auuu!!! To nie piasek. Ostre krysztalki soli kalecza nasze stopy. Nie ma zartow. Nie mozemy tu zostac a poza tym musimy pokazac laskom, ze niezle z nas macho. Zabieramy sie do roboty. Piotrek nosi zapasowe kolo a ja robie zdjecia. Potem krecimy sruby. Co chwila narzedzia laduja w slonej wodzie. Nie jest latwo zmienic kolo w wodzie. Przejezdzajace kolo nas inne ekipy pozdrawiaja nas radosnie. To beda fantastyczne zdjecia. Nie kazdy moze takie miec. Jedziemy dalej. Cali przemoczeni. Wysychajaca woda pozostawia niesamowite biale plamy soli na calym ubraniu i ciele. Naprawde wspaniale czuc poranione stopy. Sol wchodzaca w nie poteguje doznanie. Jest super. Jestesmy zachwyceni jeepem. Naprawde solidna maszyna. Sunie jak czolg w tak cholernie trudnych warunkach. Sol, caly czas wdziera sie do chlodnicy a on nic z tego sobie nie robi. Pytamy drivera o szczegoly. Silnik 6-cio litrowy robi wrazenie. Jestesmy zachwyceni. Chyba sobie taki kupimy... Po pol godziny dojezdzamy do solnego hotelu. Caly z soli. Nie nocujemy w nim bo jest jeszcze za wczesnie. Przed nami wyspa Isla de Pescados. Naprawde, najbardziej surrealistyczny krajobraz jaki widzialem w zyciu. Wyspa o skalno-gorzystym uksztaltowaniu, porosnieta niewyobrazalnymi kaktusami. Wielkie i grube dochodzace do wysokosci 20 metrow. Z tabliczki dowiadujemy sie, ze ich wiek to pow. 1000 lat! Toz one rosly jeszcze przed chrztem Polski!!! To budzi nasz szacunek. Wspinamy sie na szczyt wyspy. Widok godny Salvadora Dhali. Zaden element nie pasuje do siebie. Tropikalne wielkie kaktusy na skalistej wyspie na tle bialego pustkowia. Tak jakby na srodku bieguna polnocnego ni z tad ni zowad rosly sobie potezne kaktusy nie zwazajac na otaczajace warunki. Jemy lunch. Driver wyjmuje kuchenke na gaz i przyzadza ryz z warzywami. Nie pamietam, zebym wspominal, ze jestem wegeterianinem. Trudno. Trzeba jesc co daja. Nie ma w poblizu Mac Donalda. Opcji jest niewiele. Kolejne trzy godziny drogi przez pustynie, z ktorej zniknela powierzchnia wody i zostala sama sol. Zjezdzamy z pustyni. Mamy nocleg w wiosce San Juan. Dojezdzamy po zmroku. Najwieksza dziura w jakiej dotychcas bylismy. Sceneria jak z westernow. Gliniane domki i walesajace sie psy. Wszedzie ciemno. Tylko ksiezyc oswietla droge. Wjezdzamy przez brame do hacjendy. Trzy dwu osobowe 

pokoje z korytarzem posrodku. Nie ma swiatla. Wyciagamy latarki. Mamy tylko jedno marzenie. Wziac prysznic. Zmyc te cholerna sol i piach. Niestety woda jest tylko zimna i bardzo zimna. Wybieramy zimna i planujemy wieczor. Mamy w plecaku Bacardi, ktore kupilem na jutrzejsze moje urodziny. Nie wytrwa. Dzisiejsza sceneria wymusza drastyczne srodki. Kombinuje szesc szklanek. Niestety przydaly sie tylko trzy. Angielki twierdza, ze na tych wysokosciach alkohol nie sluzy. Co za sztywniaczki!! A na jakich sluzy! Przylacza sie tylko niemka na 2 drinki. Peka butelka i jakos dotrwalismy do kolacji. Byla boska. Czulem sie jak ojciec rodziny z filmu ¨Domek na prerii´. Przyniesli gar zupy a ja chochla rozdzielalem jej porcje przy swiecacej latarce. Jej przezroczystosc siegala trzeciej chochli. Jeszcze bylo widac wzorek dna talerza. Idziemy spac. Sobota 19 marca 2005 Moje urodziny. Coz za okolicznosci. Wstajemy o 7.00 rano. Zimny prysznic, bulka i kawa na sniadanie. Jak w wiezieniu. Pakujemy bagaze na Toyote, myjemy ja z soli i jazda. Caly dzien bedziemy wspinac sie w gore, zaliczajac po drodze mnostwo bajecznych lagun - polodowcowych jezior. Pierwsza Laguna Verde. Nie potrafie opisac slowami tego co widzielismy. Mam nadzieje, ze zdjecia powiedza wszystko. Bajeczne zestawienie barw. Roznobarwne gory odbijaja sie w tafli jeziora. Na nim kroczace flamingi. Dookola kosmiczne formy gorskie i wulkaniczne. Gotowa scenografia dla filmow science-fiction. Po drodze zaliczmy kilka kolejnych: Canapa, Hanoa i innne. Wszystkie rownie fantastyczne. Nie nadazam ze zmiana filmow w aparacie. To beda boskieeeee zdjecia!!!! Jedziemy dalej. Wznosimy sie na poziom ponad 4.000 m. Robi sie zimno. Wiatr wieje z wieksza predkoscia. Zatrzymujemy sie w rezerwacie z magicznymi formami skalnymi. Wyrzezbione przez wiatr formy skalne tworza plastyczne figury. Przyjmujemy porcje lisci koki i idziemy zwiedzac. Angielka wyraznie podekscytowana. Trenowala wspinaczke po skalkach i ma ochote na trening. Zostawia mi aparat i wpina sie w skaly. Okazaly sie trudnym wyzwaniem i odpuszcza po paru minutach. Ruszamy na przod. Dwie godziny jazdy i docieramy do Laguna Colorado. Wysokosc 4.500m. To bedzie miejsce naszego noclegu. Wyglada ambitnie. Surowy krajobraz, oraz baza alpinistyczna w postaci kilku barakow bez wody i pradu. Wymarzone miejsce na urodzinowa impreze. Jest godz. 16.00. Slonce jeszcze swieci, ale temperatura spada. Szybko idziemy nad jezioro i robimy zdjecia. Potem szybko do obozu. Slonce zachodzi. Dostajemy 6-osobowe dormitorium. Boze jestes Wielki!!! Moje 33 urodziny spedze w jednym pokoju z czterema dziewczynami. No i z Piotrkiem. Na pietrowym lozku. Trzeba sie przygotowac do imprezy. Na tym pustkowiu nie bedzie to latwe. Bacardi peklo ostatniej nocy i przed nami wizja trzezwej urodzinowej nocy. Koszmar!! Idziemy szukac. Jest maly sklepik w obozie. Troche slodyczy, ciastek, butelka wina i rum. Bierzemy to wszystko. Nie moze byc lipy. Wolaja na kolacje. Wlaczaja prad. Jedna zarowka na cala sale tworzy niepowtarzalny klimat. W niej zalogi czterech jeepow. Kazda grupa przy oddzielnym stole. Na zewnatrz hula wiatr. Temp. spada do ok. 0 stopni. Wszyscy wkladaja na siebie co moga, tylko my nie mamy co. Jemy spagetti z rzadkim sosem pomidorowym. To wszystko. Potem zaczynamy party. Przynosimy ciastka wino i rum. Nikt nie chce pic oprocz nas. Na tej wysokosci nie zdazylo sie to od lat. Angielki proponuja gre w Monopol. Lokalny. Na kartce papieru narysowaly plansze z boliwijskimi miastami. Gramy. Po godz. gasnie swiatlo. Jest 9pm a o tej porze wobozach idzie sie spac. Nikogo niema. tYLKO NASZ TEAM. Przynosimy latarki i gramy dalej. Gra nabiera rumiencow. Dochodzi do wielu konfliktow na tle angielsko-polskich negocjacji. Zostaje koncowka rumu. Konczymy gre. Anuszka wygrala. Miala najwiecej kasy. Jej sprzymierzencem byl czas. Nie miala properties a duzo cashu. W przeciwienstwie do nas. Poczynilismy inwestycje,