REPORTAŻ INDOCHINY

 Bangkok

Czołem,

Szlony reporter z Wietkongu donosi:

Bangkok zaliczony. Zajęło nam to JEDNA NOC i jeden dzień. Fantastyczne miasto. Pełne życia i atrakcji.

Wizyta na Patpongu - seksualnego centrum świata - udana. Rozpracowalismy system i udało nam się

rozkoszować (wizualnie) za przyzwoite pieniądze. Dzisiaj w ramach pokuty cały dzień zwiedzaliśmy

świątynie. Zrobiłem 80 zdjęć.

Mimo braku metra Bangkok jest bardzo wygodny komunikacyjnie. Połączenie Express Boat po rzece Chao

Phraya ze Sky Train powoduje, że do większości miejsc dostajemy się bez trudu. Najwięcej wrażen

dostarcza jednak jazda tuk-tuk! Totalny odjazd!!! Są to motorki z kanapą dla dwóch osób z tyłu prowadzone

przez szalenców, którzy nie dostali roboty jako kamikadze. Żadnych zasad, noga na pełnym gazie i

naprawde trzeba się mocno trzymać, żeby nie wypaść na zakręcie. Polecam wszystkim. Spora dawka

adrenaliny za jedyne 10 złotych.

Na zakończenie dnia byliśmy w china town, chyba największym na świecie. Zaliczyliśmy chinską

restaurację i zjadłem chyba 5 kilogramów krewetek za drobne pieniądze. Podobno w Wietnamie bedą

jeszcze tańsze. Wyżyje się na maksa - nie bedę mógł na nie patrzec po powrocie.

Piotrek cierpi z powodu temperatury. W dzień jest około 35 stopni co przy wysokiej wilgotności może dać w

kość. Na marginesie to osoba Piotrka wzbudza wśród miejscowych spore poruszenie. Co druga osoba

sprawdza jego biceps i pyta czy podnosi ciężary wprawiajac go w stan lekkiego zdenerwowania. Na

wszelki wypadek mówię że jesteśmy z Rosji.

Zrobiliśmy parę zdjęć cyfrówką ale w tej kafejce nie możemy ich zrzucić na komputer. Sprobujemy w

nastepnej co wzbogaci ten krótki reportaż.

Jutro o 15.00 mamy samolot do Kambodży do Siem Reap, czyli koniec wczasów, trzeba będzie walczyc o

przetrwanie.

Kończę, gdyż łapiemy tuk-tuka i jedziemy do Hard Rock Cafe. Piotrek nie przepuści takiej okazji i kupi

kolejną koszulkę do kolekcji.

Do nastepnego maila, nie wiem czy w Kambodży bedą e-bary ale w Wietnamie na pewno.

Pozdrawiamy,

Bartek i Piotrek

 Subject: Kambodż a/Siem Reap

Hej,

Drugi dzień w Kambodży.

Przylecieliśmy wczoraj z Bangkoku ATRem. Trochę telepało ale udalo się. Po raz kolejny liczba startów

zrównała się z liczbą lądowań.

Lotnisko w Siem Reap wielkości solidnej stodoły na lubelszczyźnie. Po wylądowaniu przespacerowaliśmy

po płycie przez nikogo nie pilnowani do budynku w którym z kolei aż roiło się od policji.

Kambodża - kraj w którym 25 lat temu wymordowano 25% społeczeństwa. Część bezpośrednio, część do

dzisiaj ginie na minach rozmieszczonych w całym kraju.

Ich efekty widać na ulicach. Bardzo dużo kalek bez nóg, rąk. Kraj zupełnie inny niż Tajlandia. Bardzo

przypomina kolonialne kraje Afryki. Duża bieda kontrastuje z okazałymi rezydencjami kolonialistów.

Jesteśmy w hotelu. Adres znalazłem w internecie. Sympatyczny budyneczek prowadzony przez Khmerska

rodzinkę. Pokój z klimą. Bierzemy. Temperatura jeszcze większa niż w Bangkoku. Do późnych godzin

nocnych nie spada poniżej 30 stopni. Po ścianach i suficie w recepcji chodzą całkiem pokaźnych

rozmiarów jaszczurki. Nikt ich nie goni bo spełniają pożyteczną funkcję - zjadają komary, które roznoszą

malarie. Na marginesie,zagrożenie malarią powoduje, że nie mogę się wyluzować. Cały czas nerwowo

reaguję na każdy przelatujący owad. Ugryzł mnie jeden komar. Czekam na objawy. Jeśli to był "ten z

malarią" wystąpią w ciągu 12 godzin. Łykamy doxycyklinę i smarujemy się repellentem z deetem, może się

uda...

Idziemy do miasta. Spory smród. Zero oświetlenia na ulicach. Za naszymi plecami wypierdziela się z

hukiem rowerzysta. Najechał na krawężnik. Normalka.

Pierwszy szok. Mimo biedy widocznej dookoła w miescie aż się roi od kafejek internetowych. W bogatym

Bangkoku nie udało nam się znależć żadnej, która umożliwiałaby zrzucić zdjęcia z cyfrówki - tutaj w co

drugiej jest to możliwe. Robimy to w obskurnym garażu na komputerze z bebechami na wierzchu - pełen

folklor, ale liczy się efekt końcowy. Kambodża górą.

Jesteśmy głodni. Decydujemy, że idziemy do ulicznego baru, tam gdzie chodzą autochtony, żeby łyknąć

lokalnego klimatu. Stoły kleją się od brudu, ale jesteśmy twardzi. Obok nas siedzą japończycy. Oni mogą a

my nie? Jedzenie nie najgorsze, nie zastanawiamy się co jest w środku. Piwo lokalne Angkor shitowe.

Cena za 2 obiady + piwo - 2$.

Idziemy spać. Następnego dnia(czyli dziś) zwiedzanie kompleksu świątyń Angkor Wat. Mamy kłopoty z

zaśnięciem. Wstajemy o 7.00. O 8.00 przyjeżdża driver, który za 20$ cały dzień będzie nas woził po

świątyniach.

Angkor Wat. Jeden z 7 cudów świata. Kompleks świątyń w środku dżungli. Powstały w latach 1000 - 1500.

Startujemy.

Zajeżdżamy pod najsłynniejszą świątynię kompleksu o 8.30. Dookoła dżungla. Niesamowite. Nie

wiedziałem, że może być tak gorąco. Leje się z nas równo. Pijemy butelkę wody za butelką. Każda za 1$-

sukinsynstwo. Wykorzystywanie człowieka, który nie ma innego wyjścia.

Świątynia rozciągnięta na wielkiej powierzchni. Zajmuje nam 2h, żeby zejść całą. Po drodze spotykamy

małpy skaczące z drzew. Kilka zdjęć i następna świątynia.

Nie będę opisywał ich wszystkich, bo po pierwsze było ich chyba z 10 a po drugie nie da się tego opisać.

To jest niesamowite. Mogło to powstać tylko w społeczeństwie niewolniczym. W demokracji nikt by na to

nie poszedł. Kilkaset hektarów świątyń, pałaców, basenów, wszystko wykute w kamieniu zdobionym

szczegółowymi ornamentami i płaskorzeźbami. Zrobiliśmy 160 zdjęć analogowych i 40 cyfrowych -

zobaczycie sami. Poświęciliśmy się maksymalnie. Nasze organizmy otarły się o granice wytrzymałości. 10

h w ekstremalnym upale niezliczone kilometry marszu.

Na koniec wspięliśmy się na Sunset Mountain i obejrzeliśmy piękny zachód słońca nad dżunglą.

To tyle. Idziemy spać, bo jutro o 5.30 wypływamy łodzią do Phnom Pehn - stolicy Kambodży. Dalesze

relacje w miarę dostepności kafejek i czasu.

Nie hie

BP

 Subject: Kambodż a/Phnom Pehn

Hello again,

Cofnijmy się dzień wcześniej.

Jest wtorek 5.00 rano, Sieam Reap/Kambodża. Dzwoni alarm nastawiony w komórze, za chwilę zegarek.

Za oknami ciemno, słychać odgłos cykad z dżungli. Wstajemy bez oporów, aczkolwiek ospale. Przed nami

podróż express boatem do Phnom Pehn. O 5.30 przyjeżdża po nas truck i wiezie do wioski oddalonej

13km od miasta.

Wychodzimy z pokoju. Nieprawdopodobne! Upał jak w dzień. Gorącę powietrze wdziera się w nasze

nozdrza.

20 minut po czasie i oto truck z paką i dwiema ławami po bokach na których siedzą jacyś angole podjeżdża

pod naszą kwaterę. Jestem zawiedziony. Moje oczekiwania po obejrzeniu kilku filmów z dzikich krajów

wskazywały, że truck będzie załadowany ludźmi do granic możliwości i jazda nim dostarczy gwałtownego

przypływu adrenaliny. Nic to - może w Wietnamie. Ładujemy się na ławę z plecakami i jazda. Po 5

minutach zatrzymujemy się przed jakimś hotelem. Po co...? Tak jest!!! - dosiadają się kolejni turyści. Jest

szansa, że zostanę usatysfakcjonowany. Jeszcze kilka hoteli po drodze i na trucku wielkości Toyota Hilux

siedzi 20 osób z ogromnymi plecakami i podąża wesoło po drodze, która nie powstydziłaby się odcinka

specjalnego rajdu Paryż-Dakkar albo Camel Trophy na Borneo.

Po godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Tu przerwę na chwilę, żeby zebrać myśli po tym co zobaczyłem.

Ok. Jest dobrze.

Przybyliśmy do wioski z której odpływał nasz Express Boat. Była to wioska rybacka żywcem przeniesiona z

czasów podbojów kolonizacyjnych Marco Polo. Czas stoi tu w miejscu. Nie ma mowy o elektryczności,

metalu i takich innych odkryciach współczesnego człowieka. Zapach ryb, harmider, tradycyjna wymiana

barterowa - ryby za kokosy, kokosy za bambus, pełen odlot. Świniaki utytłane błotem wałęsające się wokół

szałasów zrobionych z bambusa krytych liśćmi palmowymi. Wewnątrz kobieta rozcierająca ziarno

kamieniem, przed chatą miska zupy gotującej się nad ogniskiem. Do tego wschodzące słońce nad polami

ryżowymi. Coś niesamowitego. TAK LUDZIE JESZCZE ŻYJĄ!!!

Jestem trochę zły na siebie, że nie zrobiłem tam zbyt wielu zdjęć. Zaraz po przybyciu musieliśmy

załadować się do łodzi, która dowiozła nas do właściwej łodzi. Po drodze super widoki: szkoła pływająca na

wodzie i dzieciaki w jednakowych mundurkach płynące z różnych stron na łódkach. Każdy dzieciak w łódce

ma swoją funkcję. Jeden steruje, drugi czerpakiem wylewa wodę (!!!)a reszta wiosłuje pagajami....serce

mięknie..

Mijamy rybaków wracających z połowów.

Wsiadamy na boat. Jest to wodolot z siedzeniami w środku i miejscami dla hardcorowców na dachu.

Zgadnijcie co wybraliśmy?

Brawo!

Wodolot ruszył z impetem osiągając niewyobrażalna prędkość, której nie przewidzieliśmy. Kosztowało

mnie to moją piekną czapkę z daszkiem. Jest remis z Piotrkiem, który "wrzucił" swoje okulary za 200pln na

pamiątkę do rzeki Chao Phraya w Bangkoku.

Po 5 minutach ostrej jazdy, z rur wydechowych zadymiło, silnik trzasnął i stanęliśmy na pełnym jeziorze....

Ku radości wszystkich dziewczyn na pokładzie, 3 członków załogi rozebrało się do majtek i skoczyło do

wody naprawić usterkę. Płyniemy.

Po 5 godzinach podróży, odkrywamy następny zgubny rezultat siedzenia na dachu. Po zejściu na ląd w

Phnom Pehn nasze ciała płoną a uszy nie reagują na bodźce zewnętrzne. Oj rookies, rookies.

Mamy mało czasu. Musimy dzisiaj zwiedzić Killing fields i słynne więzienie Pol Pota. Jemy w pierwszej

napotkanej knajpie i robimy deal z rykszarzem, który będzie nas woził do końca dnia za 6$.

Tyle na dziś. Jest 21.30 a musimy zwiedzić Sajgon by night.

CDN (może jutro)

pozdrowienia,

BP

 Subject: Good morning Vietnam

Witamy ponownie,

Dla wszystkich kobiet Levis'a i innych zaprzyjaźnionych firm najlepsze życzenia z okazji

międzynarodowego dnia kobiet przesyłamy wraz z całym socjalistycznym narodem wietnamskim.

Muszę się przyznać, że przerwa w reportażach spowodowana była kryzysem jaki mnie dopadł w wyniku

zbyt intensywnego tempa podróży. Program jaki my robimy w dwa tygodnie, zazwyczaj innym zajmuje

miesiąc albo i dłużej. Jednak po dzisiejszej ekscytującej podróży z Dalat do Nha Trang wszystko wróciło na

właściwe tory. Ale o tym potem.

Skończyliśmy chyba na przybyciu do Phnom Pehn stolicy Kambodży, oraz wynajęciu drivera za 6$.

Jedziemy do hotelu California. Hotel prowadzony jest przez jakiegoś Angola, który stwierdził, że Kambodża

to najwspanialsze miejsce na świecie(to pewnie od upału). Zrzucamy szybko bagaże i jedziemy na Killing

Fields, słynnego miejsca, chociażby z filmu o takim samym tytule. To tam przywożono ludzi i dokonywano

na nich egzekucji.

Jedziemy przez całe Phnom Pehn za miasto, jakieś 12km. Już 5km od centrum zaczynają się slumsy, czyli

bambusowe rudery na drewnianych palach. Tak juz zostaje do końca naszej podróży. Po następnych 2km

kończy się asfalt i wjeżdżamy na uklepaną drogę pełną dziur i niespodzianek. Dla naszego tuk-tuka o

małych kółeczkach to naprawdę nielada wyzwanie. Po ok. 45 min dojeżdżamy na miejsce. Płacimy po dwa

dolce od osoby za które tak naprawde nie ma co zwiedzać. Jest to wydzielony kawałek pola na którym

znajduje się kilka masowych grobów, oraz pomnik za którego szybami znajduje się kilkaset czaszek

wymordowanych ludzi. Muszę przyznać, że spodziewałem się czegoś więcej, jednak mimo to mając w

pamięci sceny z filmu i uruchamiając swoją wyobraźnie robi to na mnie duże wrażenie.

Wracamy. Następny punkt to więzenie Touel Seng (nie jestem pewien pisowni).

Jest to kompleks budynków w samym centrum miasta. W latach 60-tych były to budynki szkoły średniej,

które w roku 1975 zostaly zamienione przez Pol Pota w więzienie i miejsce przesłuchań "niepokornych".

Dla nas Polaków w których kraju podobne ślady historii też istnieją nie jest to coś nowego, jednak fakt iż

wydarzyło się za naszego życia, potęguje doznania.

Dosyć. Upał dał nam się we znaki. Idziemy spać. Rano znów pobudka 6.00. Mamy autobus do Sajgonu.

10h jazdy. Jak sie okazało następnego dnia jazdy na maxa.

Wstajemy. 6.30 jesteśmy na miejscu z którego odjeżdża autobus. Mamy jeszcze 0.5h. Na miejscu jest już

grupa "białych" zmierzających w tym samym kierunku. Przysiadamy się do Niemców, zamawiamy

śniadanie. Dwaj kolesie z Hannoweru robią ten sam program co my. Wydają się być lepiej przygotowani.

Co chwila łykają jakieś tabletki, kolejne rozpuszczają w wodzie i piją, przelewają mikstury do

profesjonalnych termosów. Nasza doxycyclinka wysiada.

Punkt 7 podjeżdża autobus. Siadamy jak zwykle na ostatnim siedzeniu. Pozostałości po koloniach. 10km

za miastem i oczywiście kończy sie asfalt. Do granicy Wietnamu ok. 150 km. Koszmar. Są momenty kiedy

można doświadczyć stanu nieważkości, kiedy autobus wpada w dziurę. Nie ma mowy o spaniu. Grozi to

uszkodzeniem kręgosłupa. Cały czas trzeba kontrolować sytuację. Spiąć wszystkie mięśnie i trzymając się

siedzeń z przodu przygotować swoje ciało do zbalansowania i zamortyzowania upadku.

Coś niesamowitego. Niemcy ze śniadania mowią, że to nic. Oni przebyli dużo gorszy odcinek. Z granicy

Tajlandii do Siem Reap. Ten który my przelecieliśmy samolotem. Trudno w to uwierzyć! Nie mogę sobie

wyobrazić gorszej drogi. Wszyscy którzy narzekają na stan dróg w Polsce błądzą. Są wyśmienite, bo

wogóle są. Zarząd dróg miejskich w Warszawie powinien wysyłać tu swoich pracowników na wczasy w

celu poprawy samopoczucia.

W tempie pustynnej karawany docieramy do granicy. Zajęło nam to zaledwie 6h. Mniej więcej tyle czasu

zajęło mi pokonanie podobnego odcinka drogi na rowerze na trasie Warszawa - Lublin.

Nic to jesteśmy. Granica przypomina dawne granice ZSRR. Szeroki kilkusetmetrowy pas neutralny

oddzielający oba kraje. Po obu stronach monumentalne bramy z symbolami narodowymi. Ustawiamy się w

długiej kolejce do budki z napisem ENTRY. Piekielny upał powoduje, że nasze plecaki zaczynają ważyc

wiecej niż w rzeczywistości. Oczy zalewa pot. 45min potem i już nasze paszporty wzbogacone są o

pieczątkę Departed. Żegnaj Kambodżo. Idziemy przekroczyć pierwszą bramę. Przed nami 4 krowy przez

nikogo nie pilnowane przekraczają granicę bez żadnych formalności. Ani paszportów ani kontroli celnej, nie

ma sprawiedliwości na tym świecie.

Pierwsza brama za nami. Przekraczamy drugą z wielka zółtą gwiazdą, GOOD MORNING VIETNAM !!! Jak

się za chwilę okazało nie tak szybko.

Po przejściu przez bramę panowie w mundurach wskazują nam okienko przy którym kłębi się tłum

turystów. Co jest!? Przecież mamy wizę, więc czego do cholery mogą od nas chcieć?

To tylko formalności. Należy wypełnić kilkustronicowy druk, odstać w kolejce i czekać aż pan w zielonym

mundurze rzuci go na ladę. Po każdym takim rzucie tłum turystów podbiega do okienka, żeby sprawdzić

czy to jego.

Następna godzina i mamy już pieczątkę Arrived. Jeszcze tylko jedno okienko. Opłata klimatyczna. Krótka

próba negocjacji stawki, zakończona oczywiście niepowodzeniem i z czystymi papieram stawiamy

pierwszy krok na socjalistycznej ziemi wietnamskiej. Zrobiło się jakoś swojsko.

Wszędzie do okoła czerwone sztandary z żółtą gwiazdą lub sierpem i młotem. Co budynek szczytne chasła

w niezrozumiałym dla nas języku na płótnie tego samego koloru.

Po 3 godzinach siedzimy ponownie w autobusie i podążamy w kierunku Sajgonu.

Ale o tym po kolacji, na którą właśnie się udajemy.

Xin chiao

 Subject: Sajgon

Teraz krótko, bo na kolacji podali dużo piwa.

Jesteśmy więc w Wietnamie. Cóż za różnica. Szczerze mówiąc jestem rozczarowany. Spodziewałem się

mniej rozwiniętego kraju. Na trasie Phnom Pehn - granica, nie widziałem ani jednego murowanego domu.

Tutaj prawie wszystkie są takie.

Droga. Z bursztynowego szlaku z karawanami pędzącymi w tumanach kurzu zmieniła się w dwupasmową

autostradę o płaskiej nawierzchni. Jej jakość zepsuła się po 15km od granicy, niemniej jednak wciąż nie

odbiegała od średniej polskiej.

100km od granicy zaczynają się już zabudowania wielkiej aglomeracji- Sajgonu. Następne 50km i jesteśmy

już w mieście. Wieżdżamy w godzinach szczytu. Nikt w to nie uwierzy, kto tego nie zobaczył. Szczena

opadła mi do podłogi. Wszystkimi ulicami pędzi niewyobrażalna wręcz masa motorowerów. Ludzie!!! To tak

jakby wszystkimi ulicami naszych miast właśnie startowały wielkie peletony wyścigów kolarskich. Do tego

nikt nie kieruje sie tu żadnymi zasadami ruchu drogowego. Masy przenikają się jak w jakiejś reakcji

fizycznej, albo ławice ryb gwałtownie zmieniające kierunki ruchu nie powodując przy tym żadnej kolizji.

Zamiast hamulca używa się klakson, informujący innych o swoim zaistnieniu w masie. Nie wiem o co w tym

wszystkim chodzi ale musi być w tym jakiś matrix.

Wysiadamy z autobusu w centrum Sajgonu. Dopada nas chmara naganiaczy oferujących pokoje hotelowe.

"Biały" z plecakiem stanowi tutaj niwyobrażalnie wielka moc przyciągania wszelkiej maści

przedsiębiorczości ulicznej. Z przekory nie korzystamy z nich i samodzielnie rozpoczynamy niezliczone

negocjacje w napotkanych hotelach. Kończymy na cenie 10$ za dwuosobowy pokoj z A/C i przyzwoitym

wyposażeniem.

Zrzucamy plecaki i w miasto. Sajgon nie jest typowym miastem dla całego Wietnamu. Jest to coś na wzór

Warszawy. Zbieranina ludzi z całego świata mających na celu jedno - zarabiać pieniądze. Nie ma tu

korzeni kulturalnych porównywalnych do Hanoi.

Miasto kipi. Żyje całą dobę. Ciągle słychać huk klaksonów i czuć smród potraw serwowanych prosto na

ulicach. Bogactwo miesza się z biedą. Na ekskluzywnej ulicy z hotelami powyżej 200$ za dobę, gościu śpi

na hamaku rozwieszonym między znakami na dużym skrzyżowaniu.

Mamy dość spacerów. Bierzemy dwóch rykszarzy. Chcemy do centrum. Mamy problemy z komunikacja.

Inteligencja driverów poniżej średniej neandertalskiej. Doświadczamy na własnej skórze techniki włączania

się do ruchu. Siedząc na leżance z przodu obserwujemy jak z dwóch stron zbliżają się dwa ciężarowe

samochody a nasze ryksze wpasowują się idealnie w przestrzeń oddzielającą oba samochody.

 Subject: Sajgon/Dalat

Hello,

Muszę się wziąć za pisanie, bo jesteśmy już w Hue a pół Wietnamu jeszcze nie opisane.

Skończyliśmy na Sajgonie. Po krótkim nocnym zwiedzaniu miasta i wizycie w najwyższym budynku

Wietnamu w Panorama Cafe (cwane żółtki skasowały po dwa $ od łebka za samo wejście na taras!!!),

wracamy do hotelu. Rano znowu pobudka 6.00. Jedziemy z T.M. Brothers do delty Mekongu.

Zaryzykowaliśmy. Ponieważ nie mamy dużo czasu musieliśmy zdać się na agencje turystyczną. Cena

ok.6$ od osoby z lunchem.

Mekong. Jak tu mówią Giant River - 4.500 km długości. Wypływa z Chin, przez Laos, Kambodżę, aby

znależć swe ujście w Wietnamie ok. 100km od Sajgonu tworząc wielką deltę wpływając do morza

południowo-chinskiego. Jedna tylko odnoga, których jest naście tworzy rozlewisko, którego brzegi zlewają

się z horyzontem. Całkowita powierzchnia delty stanowi piątą część naszego pięknego kraju.

Cała wycieczka okazuje się niestety porażką z której wypływa jednak nauka, że jeśli chce się coś

naprawdę zobaczyć, trzeba to robić na własną rękę.

Wsiadamy na statek wraz z grupą głównie australijskich turystów. Płyniemy na jedną z wysepek na której

tour operator zapragnął pokazać nam metodę wyrobu cukierków kokosowych, oraz możliwości wokalne

muzykalnej rodziny wietnamskiej. Kaszana. Trzeba wiedzieć, że Wietnamczycy wcale nie chcą pokazać

swojego pięknego kraju takim jaki jest. Ich celem jest wydrenowanie kieszeni "białasa" do maximum. Jest

to ich słodka zemsta za ingerencje US Army w latach 70th. Uczymy się na błędach i od tej pory olewamy

wszystkie zorganizowane wycieczki jakie podtykają nam pod nos. Ale to potem. Na razie kontynuujemy

zwiedzanie Mekongu z T.M. Brothers.

Teraz coś na osłodę tego komercyjnego dnia. Przesiadamy się na małe 4-osobowe łodzie i wpływamy do

bardzo ciasnych kanałów z pięknymi palmami po obu brzegach. Fantastyczne widoki. Znane nam do tej

pory z filmów o dzielnej armii amerykańskiej przedzierającej się przez mokradła Wietnamu. Zaszalałem. Na

krótkim odcinku zrobiłem dwa filmy. A co, 70% się wyrzuci. Zostaną najlepsze.

Koniec prawdziwej przyrody. Wracamy do komercji. Przypływamy na farmę pszczół, na której częstują nas

40% nalewką na bazie miodu zwaną Mekong Whisky. Jedna, druga,... może być ta farma pszczółek.

Kolejną atrakcją był żywy wąż boa, który służył turystom do zabawy. Po kilku kolejkach miodowej whisky

nie mam oporów i zakładam sobie węża na szyję. Robią mi zdjęcie.Jest ok. Płyniemy na obiad i koniec

Mekongu. Można było zobaczyć dużo więcej,ale cóż, następnym razem bez braci TM.

Sajgon. Wieczór. Temperatura 37 stopni. Mamy parę godzin przed spaniem.

Rano co?.... oczywiście pobudka.

Idziemy w okolice hotelu coś zjeść. Zapachy a raczej smród mieszają się wylewając się z nizliczonych

barów, restauracji i kafejek, wszystko na otwartej ulicy. Są dwa rodzaje lokali. Jeden robiony pod turystów -

z normalnymi krzesłami, menu po angielsku i białasami przy stolikach. Drugi to lokalne restauracyjki ze

stolikami i krzesłami jakie można u nas spotkać w przedszkolach, bardzo prymitywne, ustawiane

bezpośrednio na chodniku, bez żadnego zaplecza. Przychodzą tu tylko lokalesi....i my. Każde zamówienie

to loteria. Nikt nie mówi po angielsku. Patrzą się na nas jak na murzynów. Robimy zdjęcia. Jeszcze

większe poruszenie. Kilka browarów i czujemy się jak swoi.

Śpimy. Rano 7.00 jesteśmy już w autobusie i jedziemy do Dalat. Miasto najwyżej położone w Wietnamie.

Na wysokości 1.500 m n.p.m. Spotykamy naszych znajomych z Hannoweru.

Do Dalat zajeżdżamy późnym popołudniem. Piździ. 25 stopni. Nie do wiary!!! Lokalesi chodzą w kurtkach

zimowych i czapkach. Mamy niezły ubaw. Logowanie w hotelu i na miasto. Mała mieścina ale z fajnym

targiem. Z uwagi na wysokie położenie i chłodniejszy klimat, można tu uprawiać egzotyczne?! owoce takie

jak truskawka, jabłko czy śliwka. To chyba dlatego amerykanie urządzili tu szpital dla swoich rannych a

francuzi zbudowali to miasto i postawili mini wieżę Eifel'a.

Zwiedzamy kilka okolicznych barów, wysyłamy maila z życzeniami do wszystkich kobiet świata i trafiamy

na lokalną dyskotekę. Jest sobota. Muzyka ambitna, początek lat 90-tych, przeplatana z lokalnymi

przebojami z Coco Lee na czele. Jesteśmy jedynymi białasami. Obsługa ubrana w stylowe jaskrawo

pomarańczowe ogrodniczki i odzież roboczą. Impreza się rozkręca, na parkiecie tłum, DJ szleje z

popowymi hitami aż tu nagle.....BUM!

Cisza, ciemność, 20-ty stopień zasilania. Koniec dyskoteki. Pękamy ze śmiechu. Barmani zapalają

świeczki. Robi się nastrój jak na Święto Zmarłych. Obsługa wyjaśnia, że to normalne. Codziennie

wyłączają prąd dzielnicami w ramach oszczędności. Chyba u nas kiedyś też to grali.

Zmieniamy Dyskotekę. Na szczęście jeszcze jedna była w tym mieście. Jest prąd. Idę na parkiet. Dziwne.

Podłoga wysmarowana jakimś smalcem. Trzeba bardzo uważać, żeby nie wyrżnąć, ale tańczy się dobrze,

Michael Jackson chyba też tak się uczył. Koniec. Idziemy spać po 2 cyfrowej ilości lokalnego piwa.

Rano ciężko wstać. Dochodzimy do siebie bardzo póżno jak na warunki naszej wyprawy, ok. 9.00. Łapiemy

dwóch moto driverow i za 10$ zwiedzamy okolice: wodospady, jezioro i minority village. Bez ekscesow, ale

po ostatniej nocy należało nam się.

Po zwiedzaniu wielce ożywiona podróż do Nha Trang, która w następnym odcinku.

See you.

BP

 Subject: Nha Trang

Opuszczamy Dalat. Jest godz. 13.00. Udajemy sie na zaslużony wypoczynek do Nha Trang - najbardziej

znanego i chyba jedynego w Wietnamie kurortu nadmorskiego. Decydujemy się nie korzystać więcej z

usług braci T.M i prosimy moto driverow, aby załatwili nam jakiś lokalny transport, taki z jakiego korzystają

miejscowi. Będzie taniej i sympatyczniej. OK.

Załatwione.

Jeden telefon i pod nasz hotel podjeżdża brygada kolejnych 2 moto driverow i z plecakami zabiera nas na

miejsce wyjazdu autobusu.

Podjeżdżamy pod garaż w którym stoi Ford Transit wypełniony po brzegi lokalesami. Same żółtki.

Wzbudzamy natychmiast spontaniczną falę radości. Wszyscy chcą z nami pogadać, skąd jesteśmy i takie

tam.

Kierowca otwiera tylną klapę Transita i wskazuje miejsce a raczej jego brak, gdzie mamy uśiąść. Wciskam

się pierwszy. Szybko liczę osoby. 28. Kilka mogło mi umknąć. Moje liczenie przerywa potężna masa w

postaci Piotrka zwalająca się na moje plecy. Jeszcze tylko plecaki. Jeden wszedł wypełniając przestrzeń

wewnętrzną samochodu w 120%. Powstał problem. Co zrobić z drugim. Za boga nie ma go gdzie

wpasować. Chyba, że kierowca weźmie go na kolana. Ale wtedy nie wiem czy zdecydowalibyśmy się z nim

jechać. Krótka narada kierowców. Zapada decyzja. Wysiadać. Pojedziecie następnym. Za pół godziny.

Wysiadamy.

Transit odjeżdża wraz z gromkimi okrzykami pożegnalnymi pasażerow.

Pół godziny później podjeżdża drugi Transit. Pusty. Zajmujemy tylną kanapę. Całą. Następne pół godziny

czekamy w samochodzie oglądając wietnamską telenowelę w telewizorze podwieszonym w garażu.

Wzruszamy się. Piotrek płacze.

W międzyczasie dosiada się kilkunastu pasażerów. Samochod pełny ale nikt nie zajmuje miejsca na naszej

kanapie. Mamy luz. Ruszamy. Ale jaja!!! Na lusterku wstecznym kierowca wiesza monitor LCD i włącza

płytę dvd z wietnamskim karaoke!!! Lokalne przeboje, które poznaliśmy już na dyskotekach z napisami u

dołu. Możemy poćwiczyć. Nagłośnienie bezbłędne ryczy aż uszy bolą, na ekranie wietnamscy kolesie z

koleżankami prezentują figury. Jazda na maxa. I to dosłownie. Kierowcy chyba zakładają się między sobą

który szybcjej pokona trasę. Przez wioski na wąskiej drodze pełnej rowerzystów, dzieci, bydła i innej trzody

chlewnej zaiwania na klaksonie 130km/h. Za chwilę będzie musiał włączyć wycieraczki, żeby zetrzeć krew

z szyby! Nie widziałem swoich oczu ale źrenice musiałem mieć szeroko otwarte. Za oknami przepiekny

widok. Zjeżdżamy z gór mijając po drodze przepiękne pola tarasowe na których chłopi uprawiają co się da.

Każdy kawałek ziemi jest tu wykorzystany, powodując, że z daleka tworzy się fantastyczny krajobraz.

Przez otwarte okna próbujemy zrobić zdjęcia. Niestety przy tej prędkości i nierównej, pełnej zakrętów

drodze można co najwyżej wyrzucić aparat przez okno. Dociera do mnie, że najpiękniejszy Wietnam

umyka nam przez okno samochodu. Jeździmy od miasta do miasta a to co pomiędzy pozostaje nieodkryte.

Postanawiamy przy najbliższej nadażającej się okazji pożyczyć skutery i zapuścić się na wieś.

Po drodze nastepuje co jakiś czas wymiana pasażerow. Jedni wysiadają, inni wsiadają. Najbardziej

rozbraja nas stara kobieta w stożkowym bambusowym kapeluszu, która zobaczywszy nas natychmiast

wyciągnęła rękę, błagalnie przeszywając nas wzrokiem. Oczywiście nic nie dostała. Żebrać też trzeba

umieć. Dosiada się też dwóch mundurowców, chyba żołnierzy. Od razu widać, że czują się pewniej od

pozostałych. Wiadomo, władza. Jedna kobieta ustepuje im miejsca, sama zajmując gorsze. Kiedy dochodzi

do płacenia za przejazd żołnierze najwyraźniej nie mają na to ochoty. Po długiej wymianie zdań wyciagają

jednak pieniądze. Socjalizm, socjalizmem ale niewidzialna ręka wolnego rynku dotyka wszystkich bez

wyjątku.

Wjeżdżamy do Nha Trang. Jesteśmy naprawdę zaskoczeni. Całkiem solidna mieścina z niezliczoną iloscią

hoteli, restauracji i pubow, wszystko na bardzo wysokim poziomie. Pomijając klimat, w Polsce jeszcze

długo takiego ośrodka wczasowego nie będzie.

Szukamy hotelu. Kolejne zaskoczenie. Ceny dużo niższe niż gdzie indziej. Z 10$ zbijamy na 8$ za

dwuosobowy pokój. Po wejściu do pokoju, jeszcze jedno zdziwienie! Najwyższy standard w jakim do tej

pory mieliśmy okazje mieszkać. Wszystko nowiutkie, kafelki w łazience aż lśnią. To nam się podoba!

Wysoka jakość za niską cenę! Gdyby nie koszt przelotu, byłoby to oczywiste miejsce wszystkich wczasów.

Zostajemy tu dwa dni! Pierwsza próba pobliskiej restauracji wypada pozytywnie. Przeogromny wybor

owoców morza. Za 100.000 dongów (6$)za 2 osoby napychamy się nimi po uszy zapijając obficie piwem.

Koniec dnia. Jutro challenge. Wypożyczyliśmy dwa skutery na cały dzień (2.5$ jeden) i jedziemy w dziką

wieś. Challenge tym większy, że nigdy jeszcze nie jeździliśmy na motorze. Może być ciekawie. Ale o tym w

następnym odcinku.

Pozdrawiamy,

BP

 Subject: Hanoi

Hello,

To już ostatni dzień w Wietnamie. Jutro wracamy do Bangkoku.

Nie było możliwości, czasami chęci pisania reportaży codziennie dlatego w dzisiejszym będę musiał

zubożyć środki ekspresji tak aby szybko dolecieć do końca.

Skończyliśmy w Nha Trang - dzień pierwszy.

Dzień drugi. Wstajemy żywo gdyż na dole czekają na nas dwie Hondy i cały dzień eksploracji okolicznych

wsi. Krótki instruktaż i pierwszy siadam na motor. Luz, start, pierwszy bieg, gaz, bum! Nie opanowałem

maszyny, która wyrwała się spode mnie i walnęła w motor Piotrka przewracając oba na jezdnię. Lokalesi

złapali się za głowy. Krótkie oględziny, ufff.. oba całe. Ponowna próba, dużo lepiej. Ulica hotelowa

opanowana w tę i z powrotem. Największe wyzwanie to przejechać pierwsze skrzyżowanie. Najlepiej to

robić po dwóch piwach. Na trzeźwo człowiek ma opory i się waha a to najgorsze co może być. Zbliżając się

do skrzyżowania wciskamy klakson i trzymamy go dopóki go nie opościmy. Ustępujemy pierwszeństwa

tylko większym jednostkom takim jak Kamaz, czołg, TIR itp.

Krótka jazda po mieście i łapiemy rytm. Jedziemy na wieś. Z głownej drogi wjeżdżamy w boczną żwirowkę.

Opisanie wszystkiego co zobaczyliśmy zajęłoby mi kilka stron. Zrobiłem sporo zdjęć więc po powrocie sami

zobaczycie.

Było naprawdę warto. Zobaczyliśmy prawdziwy Wietnam bez żadnej ściemy agencji podróżniczych.

Trzeci dzień w Nha Trang. Bierzemy tylko jeden motor, gdyż Piotrek poprzedniego dnia wieczorem miał

krótkie spotkanie z morzem, które przywróciło mu kontuzję nogi. Zostałem jego driverem.

Rano zwiedziliśmy przystań rybacką a od południa leżenie bykiem na plaży z kelnerem który donosił piwa

w cyklach 20 min. Wieczorem wsiedliśmy do nocnego autobusu i podążylismy w 12h podróż do Hoi An.

Bardzo sympatyczne miasteczko w starożytnym klimacie. Widać pozostałości po rządach chińskich w tym

rejonie. Dwie godziny spędzamy w mieście a dwie na łodzi, która opływa nas po okolicznych wsiach

rybackich. Wieczorem wsiadamy w lokalny busik i lecimy do Danang.

Mały busik zasługuje na parę słów komentarza. Samochodzik z 25 miejscami siedzącymi w końcowej fazie

podróży wiózł ponad 60 osób i różnorakich bagaży!!! To było niesamowite przeżycie. W momencie kiedy

wydaje ci się że to jast maksymalny max pojemności, bądź przygotowany, że dosiądzie się jeszcze drugie

tyle pasażerów. System załadunku ludzi do busikow dopracowany do perfekcji przez tzw. naganiaczy (1 do

3 w zależności od wielkości busa)

Danang - miasto nie warte opisu. Portowe miasto bez żadnych atrakcji. Turysta jest tu rzadkością. Nie

spotkaliśmy tu żadnej białej twarzy. Rano lecimy za miasto i zwiedzamy Marble Mountains. Pięć gór z

marmuru. Po południu idziemy na dworzec VKP i jedziemy podobno najpiekniejszą trasą kolejową na

świecie do Hue. Trasa rzeczywiście niesamowita. Cały czas brzegiem morza pomiędzy górami.

Hue. Starożytna stolica Wietnamu. Naprawdę jest tu fajnie. Postanawiamy powtórzyć naszą eskapadę

motorową w tym rejonie. Jest jeszcze lepiej niż w Nha Trang. Zapuszczamy sie w naprawdę dzikie rejony,

gdzie drogi się kończą. Dla lokalnej ludności jesteśmy naprawdę niesamowitym wydarzeniem. Zrobiłem

dużo zdjęć. Zobaczycie!!!

Po Hue zostało nam tylko Hanoi. Ponieważ odleglość jest duża 700km a czasu mało, postanawiamy wziąć

samolot.

Krótkie zwiedzanie Hanoi nocą i następnego dnia rano wypad do Halong City z którego wypływamy na 4h

rejs po przepięknej zatoce z 3000 wysp.

I tak oto w ekspresowym tempie dotarliśmy do dnia dzisiejszego.

Jesteśmy w Hanoi - stolicy Wietnamu. Zwiedziliśmy mauzoleum Ho Chi Minha i inne monumentalne

budynki tego miasta. Zjadłem również pierwszy raz w życiu gołębia. Naprawde dobre mięso. Rozejrzyjcie

się dookoła. Ile pysznych gołąbków sra wam na parapety....

Ustaliliśmy wstępnie, że dzielimy Wietnam na pól. Ja jako, że bardziej odpowiada mi klimat tropikalny biorę

część południową z siedzibą w Sajgonie. Piotrek część północną z siedzibą w Hanoi. Miejscem

cotygodnowych spotkań wyznaczyliśmy plaże Nha Trang.

Zanim to jednak nastapi jutro wsiadamy w samolot i lecimy do Bangkoku. Z tamtąd do Frankfurtu i o 8.50

we wtorek lądujemy w Warszawie tak aby po 0.5h zameldować się w biurze.

Choć podroż byla krótka napewno możemy ją nazwać podróżą życia. To były Indochiny w pigułce. Na peno

zostało jeszcze wiele do zobaczenia ale te dwa tygodnie pozwoliły nam poczuć klimat tego ekscytującego

regionu.

Sorry za express ale nie dało rady inaczej. Mam nadzieję, że zdjęcia powiedzą więcej niż słowa.

Do zobaczenia w Polsce.

BP